Nad jezioro Świdwie
Niedziela, 26 lipca 2009
· Komentarze(0)
Kategoria trochę dalej
Jako, że wycieczka nad morze musiała ulec odwołaniu, postanowiliśmy spędzić dzionek na rowerze. Dzięki sile Blipa pojawił się pomysł podróży nad jezioro Świdwie. Spisałam trasę przedstawioną przez jednego z blipowiczów, zapakowałam mapę i ruszyliśmy z samego rana.
Przejechawszy drogę, którą pokonuję do pracy (gdy mam dyżury na Głębokim) wjechaliśmy do lasu na czerwony szlak. Jechaliśmy nim aż do Bartoszewa. Część lasu znałam, gdyż leśniczy jeden i drugi mnie tam wozili kilkukrotnie. Gdy już jechaliśmy długo lasami państwowymi drogę przebiegła nam sarna a raczej koziołek. Fikał sobie bezgłośnie. Dobry to znak? ;-)
W Bartoszewie przy działkach przyjrzawszy się mapie skręciliśmy na szosę w lewo. Zamiast jednak dojechać do Żółtewa dotarliśmy do Grzepnicy. Nie powiem, droga była wyborna. Zero samochodów, przestrzenie pól po obu stronach. Ale nie tak trasa nasza miała prowadzić. Okazało się, że mapa, którą ze sobą zabraliśmy, jest na tyle stara, że od czasu jej wydania zmienił się układ dróg...* Nie bardzo wiedząc w którą stronę ruszyć skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy niewielką dróżką. Wkrótce zmieniła się na ziemną a my nadal nie wiedzieliśmy, czy dobrze jedziemy.
Pędząc sobie przez pola i lasy zastanawialiśmy się, jak skończy się ta wyprawa. W pewnym momencie zobaczyliśmy kierunkowskaz "Świdwie"! Hurra, jesteśmy uratowani! Popędziliśmy drogą, którą wskazywał drogowskaz, jednak znów pojawiły się wątpliwości. Otóż droga rozwidlała się. Wybraliśmy odnogę lewą, bardziej uczęszczaną. Za chwilę zatrzymał się przy nas samochód jadący z naprzeciwka z parą staruszków. Pan kierowca zapytał, czy nie wiemy, którędy do Świdwia. Oparliśmy, że nie i pożegnaliśmy się. Teraz dopiero ogarnęły nas ogromne wątpliwości... Mimo to pedałowaliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy kolejny drogowskaz! Uspokoiliśmy się nieco a napotkani rowerzyści uspokoili nas do końca mówiąc, że już bliziutko. Dojechaliśmy do jeziora naprawdę szczęśliwi:-)
Po spożyciu śniadanka wjechaliśmy do rezerwatu a następnie wspięliśmy się na wieżę. Niestety, oprócz łabędzi po drugiej stronie jeziora, nie napotkaliśmy żadnych ptaków. Szkoda. Po obejrzeniu sobie jeziorka zabraliśmy się w drogę powrotną. Jadąc inną drogą okazało się, że to bardzo bliziutko pierwszego drogowskazu, który pokazywał sporo dłuższą drogę do jeziora. Później długi kawałek drogi szutrem. Z Tanowa wracaliśmy już szosą, bo Adama bolał zadek. Tak to jest jak się nie jeździ;-). W tym roku ja mam przewagę, bo dużo dojeżdżałam do pracy, a on nie. Wyciskając z siebie ostatnie siły dojechaliśmy do Pilchowa, gdzie wtoczyliśmy się na ścieżkę i już spokojnie doczłapaliśmy się do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi, padliśmy na dywan w pokoju i chwilę leżeliśmy ciesząc się z udanej wycieczki. Oby takich więcej:-)
---
* 1995! makabra;-)
Przejechawszy drogę, którą pokonuję do pracy (gdy mam dyżury na Głębokim) wjechaliśmy do lasu na czerwony szlak. Jechaliśmy nim aż do Bartoszewa. Część lasu znałam, gdyż leśniczy jeden i drugi mnie tam wozili kilkukrotnie. Gdy już jechaliśmy długo lasami państwowymi drogę przebiegła nam sarna a raczej koziołek. Fikał sobie bezgłośnie. Dobry to znak? ;-)
W Bartoszewie przy działkach przyjrzawszy się mapie skręciliśmy na szosę w lewo. Zamiast jednak dojechać do Żółtewa dotarliśmy do Grzepnicy. Nie powiem, droga była wyborna. Zero samochodów, przestrzenie pól po obu stronach. Ale nie tak trasa nasza miała prowadzić. Okazało się, że mapa, którą ze sobą zabraliśmy, jest na tyle stara, że od czasu jej wydania zmienił się układ dróg...* Nie bardzo wiedząc w którą stronę ruszyć skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy niewielką dróżką. Wkrótce zmieniła się na ziemną a my nadal nie wiedzieliśmy, czy dobrze jedziemy.
Pędząc sobie przez pola i lasy zastanawialiśmy się, jak skończy się ta wyprawa. W pewnym momencie zobaczyliśmy kierunkowskaz "Świdwie"! Hurra, jesteśmy uratowani! Popędziliśmy drogą, którą wskazywał drogowskaz, jednak znów pojawiły się wątpliwości. Otóż droga rozwidlała się. Wybraliśmy odnogę lewą, bardziej uczęszczaną. Za chwilę zatrzymał się przy nas samochód jadący z naprzeciwka z parą staruszków. Pan kierowca zapytał, czy nie wiemy, którędy do Świdwia. Oparliśmy, że nie i pożegnaliśmy się. Teraz dopiero ogarnęły nas ogromne wątpliwości... Mimo to pedałowaliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy kolejny drogowskaz! Uspokoiliśmy się nieco a napotkani rowerzyści uspokoili nas do końca mówiąc, że już bliziutko. Dojechaliśmy do jeziora naprawdę szczęśliwi:-)
Po spożyciu śniadanka wjechaliśmy do rezerwatu a następnie wspięliśmy się na wieżę. Niestety, oprócz łabędzi po drugiej stronie jeziora, nie napotkaliśmy żadnych ptaków. Szkoda. Po obejrzeniu sobie jeziorka zabraliśmy się w drogę powrotną. Jadąc inną drogą okazało się, że to bardzo bliziutko pierwszego drogowskazu, który pokazywał sporo dłuższą drogę do jeziora. Później długi kawałek drogi szutrem. Z Tanowa wracaliśmy już szosą, bo Adama bolał zadek. Tak to jest jak się nie jeździ;-). W tym roku ja mam przewagę, bo dużo dojeżdżałam do pracy, a on nie. Wyciskając z siebie ostatnie siły dojechaliśmy do Pilchowa, gdzie wtoczyliśmy się na ścieżkę i już spokojnie doczłapaliśmy się do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi, padliśmy na dywan w pokoju i chwilę leżeliśmy ciesząc się z udanej wycieczki. Oby takich więcej:-)
---
* 1995! makabra;-)

