Pogodno-Dąbie-Pogodno czyli na drugi koniec świata ;)
Sobota, 30 kwietnia 2011
· Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
9 rocznica śmierci Mateusza. Pojechaliśmy na jego grób do Dąbia.
Po drodze sprawdziliśmy stan budowy najdłuższej chyba DDR w naszym mieście, która kosztować ma grube pieniądze. Mam mieszane uczucia. Niby robią, ale jakieś to takie poszatkowane. Chodniki częściowo porobione. Sama ścieżka ma być chyba wylewana asfaltem czy czymś podobnym. Na razie dziura. Więc tak jak wcześniej - jeździ się chodnikami. Co jak co, ale na tej trasie na ulicę nie wyjdę. Życie mi miłe.
Na miejscu przypadkiem spotkaliśmy moich rodziców i brata. Braciszek pośmigał na obydwu rowerach. Widać było, że od dziecka nie ma "bajka" i mu troszkę brakuje ;-). Ale ma auto, którego mu zazdroszczę... Jak widać - nie można mieć wszystkiego. Później podjechaliśmy na moment do moich dzików. Chyba mnie nie poznały. Albo udawały, żebym się nie cieszyła zbytnio. Podbiegły dopiero po jakimś czasie mojego nawoływania. Za to pies, po chwili wahania, chciał mnie zjeść :(. Smuteczek. Podskoczyliśmy też do rodziny Mateusza. Oddać miskę pożyczoną jesienią (...) i zamienić parę słów. Skończyło się na herbacie, cieście, głaskaniu królika (rany, nie wiedziałam, że króliki mogą być takie ogromne!) i długim rozmawianiu. Chciałoby się dłużej, ale już 19sta a na dworze coraz zimniej.
Powrót był trudny. Po pierwsze bolesny (zad) a po drugie zimny. Jakiś lodowaty front nadciągnął nad Szczecin. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się chwilę posłuchać ropuch, ale zimne powietrze pogoniło nas znad stawu szybko. Jeszcze tylko kilka chmar muszek włażących wszędzie (gdzież ach gdzież są moje okulary... pozdrawiam szczęśliwego znalazcę... :/ ) i kilka podjazdów w mieście.
Jak na moją kondycję była to trudna wyprawa...
/avg 14,85/
Po drodze sprawdziliśmy stan budowy najdłuższej chyba DDR w naszym mieście, która kosztować ma grube pieniądze. Mam mieszane uczucia. Niby robią, ale jakieś to takie poszatkowane. Chodniki częściowo porobione. Sama ścieżka ma być chyba wylewana asfaltem czy czymś podobnym. Na razie dziura. Więc tak jak wcześniej - jeździ się chodnikami. Co jak co, ale na tej trasie na ulicę nie wyjdę. Życie mi miłe.
Na miejscu przypadkiem spotkaliśmy moich rodziców i brata. Braciszek pośmigał na obydwu rowerach. Widać było, że od dziecka nie ma "bajka" i mu troszkę brakuje ;-). Ale ma auto, którego mu zazdroszczę... Jak widać - nie można mieć wszystkiego. Później podjechaliśmy na moment do moich dzików. Chyba mnie nie poznały. Albo udawały, żebym się nie cieszyła zbytnio. Podbiegły dopiero po jakimś czasie mojego nawoływania. Za to pies, po chwili wahania, chciał mnie zjeść :(. Smuteczek. Podskoczyliśmy też do rodziny Mateusza. Oddać miskę pożyczoną jesienią (...) i zamienić parę słów. Skończyło się na herbacie, cieście, głaskaniu królika (rany, nie wiedziałam, że króliki mogą być takie ogromne!) i długim rozmawianiu. Chciałoby się dłużej, ale już 19sta a na dworze coraz zimniej.
Powrót był trudny. Po pierwsze bolesny (zad) a po drugie zimny. Jakiś lodowaty front nadciągnął nad Szczecin. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się chwilę posłuchać ropuch, ale zimne powietrze pogoniło nas znad stawu szybko. Jeszcze tylko kilka chmar muszek włażących wszędzie (gdzież ach gdzież są moje okulary... pozdrawiam szczęśliwego znalazcę... :/ ) i kilka podjazdów w mieście.
Jak na moją kondycję była to trudna wyprawa...
/avg 14,85/

