Pojechaliśmy rano po nasze rowery do moich rodziców (pozostawione tam dnia poprzedniego). Nic takiego w sumie. Choć Adam ładnie się postarał zawijając przez Pomorzany jeszcze i będąc w domu zaledwie 20 minut po mnie! Podziwiam.
ps-siodełko Scotta chyba jednak jest nie najlepsze...
Do rodziców na Słoneczne na obiadek. Adam mocno cisnął i musiałam go ciągle gonić, więc bardzo ale to bardzo się zmęczyłam... Nie mam tyle pary w nogach co on.
Spowrotem samochodem bo lało a rowerki zostały i czekają na odbiór.
Miałam do załatwienia dwie sprawy na moim rodzinnym Prawobrzeżu, także po pracy wsiadłam na rower i pojechałam.
Dojazd zajął mi godzinę. Trasa ulicami to około 16 km ale ja jechałam przez park Kasprowicza i ścieżkami rowerowymi (tam, gdzie się dało) przy okazji zatrzymując się kilkukrotnie, by zwrócić uwagę niefrasobliwym przechodniom. Załatwiwszy sprawę na Słonecznym pognałam na Wzgórze. Podjazd, podjazd, podjazd ale dałam radę, nawet na ostatnim, bardzo stromym odcinku. Na miejscu odpoczęłam chwilkę a potem pognałam do domu.
Muszę stwierdzić, że generalnie coraz mniej boję się jeździć po ulicach, coraz mniej boję się prędkości w ogóle i coraz bardziej lubię rowerowanie ;-)
W drodze powrotnej znów zaczęłam swoją akcję uświadamiania. Jeśli zaś chodzi o przechodniów to o dziwo większość z nich zachowała się uprzejmie. Z jedną starszą panią pogawędziłam sobie nieco o ścieżkach rowerowych w Szwecji ;-), inni albo grzecznie schodzili albo wyrażali swoją obojętność (i schodzili). Niestety na Jedności Narodowej, gdzie chodnik ma szerokość jakieś 4 metry, jeden facet okazał się bezczelny i niereformowalny... Jak zwykle zatrzymałam się grzecznie przy nim i grzecznie zwróciłam uwagę. Najpierw odpyskował (40 letni facet!) o co mi chodzi i czy nie mam co robić. Zeszłam z roweru i idąc kolo niego tłumaczyłam mu o co mi chodzi. Pan w pewnym momencie wszedł na trawnik i bezczelnie do mnie z tekstem, że o co mi chodzi, przecież on idzie po trawniku... Dałam sobie w końcu spokój i odwróciwszy się chciałam ruszyć w dalszą drogę, jednak siedząca nieopodal para staruszków zabiła mi brawo i złożyła gratulację podkreślając jak ważne jest edukowanie tego zepsutego społeczeństwa :D
Do domku dojechałam w dość dobrym humorze, zwłaszcza, że udało mi się wypracować całkiem niezłą średnią! Za to zmęczenie materiału było również całkiem niezłe;-)
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).