Wpisy archiwalne w miesiącu

Maj, 2009

Dystans całkowity:54.60 km (w terenie 10.50 km; 19.23%)
Czas w ruchu:04:07
Średnia prędkość:13.26 km/h
Maksymalna prędkość:34.98 km/h
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:13.65 km i 1h 01m
Więcej statystyk

Do pracy, wracając w deszczu przez las

Wtorek, 5 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Znów wybrałam się do pracy na rowerze i nadal bez naprawionego licznika, także znów dane na oko.

Tego dnia kropiło. Mimo to zaryzykowałam i pojechałam na rowerze. M. wyraził podziw, że żadna pogoda mi nie straszna. W pewnym momencie po prostu zaczęło lać. P. zadzwonił, że mogę się zmywać do domu. Porządnie się pozapinałam, ukryłam telefon na dnie plecaka i ruszyłam w drogę. Opcja najszybsza - jazda śmieszką rowerową odpadła ze względu na małą konkurencyjność wobec podróży przez las. Niestety zanim dojechałam do docelowej, szerokiej i prostej drogi przez las, coś mnie podkusiło i skręciłam w niewielką ścieżynkę między drzewami. Szczerze mówiąc dzięki zwarciu drzew nade mną prawie na mnie nie kapało. Problemem były śliskie korzenie (w pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie...) i niskie gałęzie wchodzące na ścieżkę, które były całe mokre... Do tego gruba ściółka, głównie z drobnych kwiatków buka, która była mokra i przylepiała się grubą warstwą do kół oraz wyskakiwała spod kół i brudziła ramę i moje nogi. Jakoś udało mi się jednak przejechać przez ten kawałek bez przewrotki. Szczerze mówiąc bardzo mi się podobało.

Reszta trasy niestety przebiegała już po bardziej cywilizowanych terenach, przez co oczywiście zmokłam. Jednak ogólnie cieszę się, że mogłam doświadczyć takich przeżyć:-)

Do pracy

Poniedziałek, 4 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Wychodząc z klatki miałam licznik w kieszeni. Po wyjęciu i założeniu na sanki okazało się, że jakoś weszłam w tryb edycji. Spiesząc się bardzo nie miałam czasu wracać po instrukcję, więc ruszyłam i w trakcie jazdy próbowałam jakoś z tego wyjść... Połowy trasy do pracy zupełnie przez to nie pamiętam. Szukając wyjścia z edycji przestawiłam sobie język kilkukrotnie (ostatni raz na włoski), zresetowałam zegarek. Chyba też zmieniłam obwód koła i coś jeszcze... Tylko ja tak potrafię. Po powrocie do domu opowieścią o moich perypetiach rozbawiłam Adama prawie do łez...

Także wszystkie dane są podane z przybliżeniem niestety.

Wyprawa niebieskim

Niedziela, 3 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na niedzielę, żeby choć trochę wypocząć przez ten weekend majowy spędzony na sprzątaniu. Dojechaliśmy do Głębokiego i zastanawialiśmy się nad dwiema trasami. Wybór padł na szlak niebieski i właśnie nim pojechaliśmy.
Do Pilchowa droga śmieszką rowerową. Miałam raczej średni nastrój na jeżdżenie i wlokłam się niesamowicie przez co Adam się nudził. W Pilchowie skręciliśmy na jakąś nie najlepszą drogę. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie jest to złe miejsce do życia i może nawet domy są tańsze niż na Gumieńcach? Mamy jeszcze przynajmniej 2 lata na jakąś decyzję, więc spokojnie. Kawałek dalej natknęliśmy się na hotel dla psów. No proszę, nie wiedziałam, że mamy coś takiego w okolicy. Później kawałek ulicą (wg mnie trochę za długi wobec tego, co było na mapie) i w las. Tutaj już poprawił mi się humor i daliśmy do przodu. Górki, dołki, piach (na którym wymiękłam po pewnym czasie ale Adam próbował do samego końca). Niektóre zjazdy były proste i długie - rozwijałam duże, jak na mnie i warunki, prędkości, choć trochę się bałam. Niektóre zjazdy były trudne technicznie (dla mnie oczywiście) i Adam zatrzymywał się, by zobaczyć jak sobie radzę. Radziłam sobie dość dobrze. W pewnym momencie dojrzeliśmy, że niebieski szlak wiedzie gdzieś po lewej stronie. Przeprawiliśmy się przez strumyk i pojechaliśmy przez gęstwinę. Myślę, że to tam przykolegował się do mnie kleszcz... A szlak gdzieś nam zniknął. Zaczęłam podejrzewać, że to drzewo ktoś po prostu przestawił w inne miejsce;-). Sturlaliśmy się do Białej i pojechaliśmy szybciutko w stronę domku.

Przejażdżkę zaliczam do udanych. Szkoda, że tak mało czasu sobie daliśmy na nią. Choć szczerze mówiąc bolą mnie teraz kolana i znów zaczynam się zastanawiać nad glukozaminą...

Rowerem na "Rowerzystów"

Sobota, 2 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Pojechaliśmy na rowerach na spektakl "Rowerzyści". Dzięki uprzejmości Teatru Współczesnego w Szczecinie rowerzyści mieli udostępniony na podwórku teatru prowizoryczny (ale porządny i ze "stróżem") parking na czas spektaklu. Oczywiście wystroiliśmy się trochę, bo jednak teatr to teatr. A dojazd w takim stroju umożliwił mi oczywiście mój kochany holender. Podobno ludzie się oglądali. I dobrze;-)
Sam spektakl podobał mi się, choć jakaś tam ogromna rewelacja to nie była. Jednak dodając do tego możliwość dojazdu i pozostawienia w bezpiecznym miejscu roweru to stawiam bardzo duży plus dla TW.
ps-holender nadal nie ma swoich sanek do licznika, więc staty na oko.