Znów do pracy. A w pracy mój rower zapoznał się z P. I tu zderzyły się dwie osobowości. Dużo wcześniej rowerek mój śliczny poznał M., który ujrzawszy go i pochwaliwszy, że na rowerze przyjechałam, zapytał, czy malowanie jest mojego autorstwa a potem popodziwiał wygląd i zaczął chwalić się swoim zamiłowaniem do rowerów. Natomiast P. zapytał, czy to mój rower, po czym przykucnął, policzył zębatki, rzekł, że siedem a gdy go poprawiłam, że osiem, to się zachwycił tym, że aż tyle i że jedna taka malutka do wysokich prędkości. Potem omiótł wzrokiem, stwierdził brak błotników, współczuł. Następnie podpytał, którędy jadę i zaproponował podróż przez las wojskowy. Wyjęłam mapę i okazało się, że nidyrydy, dużo dalej. Zamarudził, że jakby chciał do domu, to ma przez las ciągle pod górkę i padłby po drodze. Zapytał ile jadę, więc sięgnęłam po licznik. Obejrzał i zachwycił się. Rzekł, że chciałby mieć krokomierz. A potem znów przyjrzał się rowerowi, znalazł miejsce na przyczepienie bagażnika (nawet nie wiedziałam, że mam) i stwierdził, że musi w końcu się za rowerem rozejrzeć, ale za takim, do którego mógłby przyczepić siedzonko dla syna.
Także - z M. miło się rozmawiało, ale z P. decydowanie przyjemniej :-)
Do pracy znów pojechałam rowerem równocześnie modląc się o deszcz, bo nie chciało mi się tam siedzieć 11 godzin. Moje marzenia spełniły się już po 11stej, ale deszcze były przelotne. Natomiast o wpół do pierwszej jak lunęło... Pozbierałam się (a miałam lapka ze sobą, żeby się nie nudzić) i ruszyłam do domu w tej ulewie. Było ciężko. Kałuże atakowały od spodu, woda kapała z daszka, ale dawałam radę. O dziwo było więcej takich jak ja. Ale widać było, że deszcz ich zaskoczył. Dojechałam do Unii Lubelskiej (chciałam pojechać trochę inną drogą) i zaczęło się przejaśniać. Pojechałam więc ulicami zgrabnie omijając kałuże. Pod domem słońce dawało już na maxa. Ale i tak wszystko miałam już mokre;-) Ciekawe doświadczenie.
Wg licznika drogę do pracy pokonałam w 18 minut. Wg zegarka w 20. Jestem w szoku. Ale zmachałam się porządnie. I wciąż nie mogę wymyślić dobrej drogi powrotnej...
W Boże Ciało zachciało mi się wyjść na rower. Między robieniem różności a zaplanowanym obiadkiem i mszą nie było zbyt wiele czasu. Zanim się zebraliśmy zrobiło się go jeszcze mniej. Ale tak bardzo chciałam się ruszyć. Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda kościół położony niedaleko a potem pojechać Taczaka. Czemu? Bo nigdy nie byłam w tamtych rejonach a ulica szeroka i ciekawiło mnie dokąd prowadzi. Miała być wycieczka króciutka, zrobiła się długa i bardzo miła. W pewnym momencie skręciliśmy w Łukasińskiego chcąc zobaczyć co jest kawałek w głąb ulicy. Ale tak jechaliśmy i jechaliśmy. Minęliśmy ogródki działkowe, minęliśmy strzelnicę wojskową (przypomniało mi się, że kilkukrotnie byłam na niej na jakiś festynach wojskowych). Skręcaliśmy czasem w boczne uliczki poprzypatrywać się wypaśnym chałupom i snuć własne marzenia. Dojechaliśmy do końca ulicy. Rozum kazał zawracać ale nasza ciekawość bywa ogromna, więc skręciliśmy w żwirówkę w lewo i pojechaliśmy dalej. Po krótkim fragmencie dojechaliśmy do bardzo starego domu. Pewnie jeszcze nie tak dawno stał samotnie w szczerym polu a teraz wyglądał smętnie w otoczeniu nowych budowli. Skręciliśmy w prawo na drogę gruntową i pognaliśmy dalej wiedząc już, że to nie będzie krótka wycieczka. Trochę doskwierał nam brak wody (wszak w pierwotnym planie zaraz mieliśmy wracać do domu) ale dawaliśmy radę. Po minięciu ostatniej super-chałupy, błotnistymi wertepami dotarliśmy do ogrodzonych działeczek na sprzedaż. Dookoła łyse pole. Niesamowita okolica. Mogłabym nawet tam zamieszkać. Szkoda tylko, że pewnie na przestrzeni kilku lat okolica z polnej zrobiłaby się willowa... Jechaliśmy dalej po błotnych wertepach. Minęliśmy ruinę jakiejś budowli. Pewnie wojskowej. Obiecaliśmy sobie wrócić tam kiedyś z aparatem i pojechaliśmy dalej. Po chwili wyjechaliśmy na granicę Bezrzecza. Tu mogliśmy skręcić w prawo i powoli wracać do domu ale pogoda była tak przyjemna, że pojechaliśmy w lewo. Po fragmencie najbardziej dziurawej asfaltówki, jaką w życiu widziałam trafiliśmy na gładziutką drogę, w dodatku niemal bez samochodów. Potrenowaliśmy jazdę bez trzymanki by chwilę później rozpędzić się z górki (bez pedałowania!) i wjechać do malutkiej wioseczki, która mogła się pochwalić RONDEM! Najprawdziwszym rondem ulicznym! Wybraliśmy drogę w prawo, gdyż głód powoli zaczynał nam doskwierać. Mijając jakieś budowle mające coś wspólnego ze ściekami dojechaliśmy po wertepach do małego skupiska nowo budowanych domków. Ludzie to mają pomysły. Wszędzie daleko, dookoła łyse pole, nieopodal ścieki a oni domek budują... Minąwszy nowe zabudowania ujrzeliśmy kilka starych budowli. Pewnie kolejne gospodarstwo. Od nich droga była już w miarę przejezdna i szybciutko, między polami, dotarliśmy do normalnej drogi i zaraz potem wjechaliśmy do Wołczkowa, tak jak podejrzewałam próbując w głowie rysować trasę naszej wycieczki. Ulicą przez Wołczkowo dojechaliśmy do Głębokiego. Po drodze wyprzedziliśmy państwa w średnim wieku, którzy później wyprzedzili nas. Adam wyprzedził kobiecinę i pognał do przodu niedościgniony. Ja wyprzedziłam faceta, który został daleko w tyle. W końcu kobieta to dostrzegła i puściła mnie do przodu, ale Adama już nie dogoniłam. Byłam zupełnie bez szans. Zwłaszcza, że bardzo drętwiały mi dłonie... Z Głębokiego wyruszyliśmy drogą przez las a gdy dojechaliśmy do skrzyżowania przy Schronisku zaczęło padać. Chwilę poczekaliśmy pod drzewami a potem ruszyliśmy pod górę. Ulicą Zawadzkiego, potem Klonowica, Wernyhory, Reduty Ordona. Na Zawadzkiego zaczęło padać mocniej. Potem już po prostu lało, więc do domu dotarliśmy zupełnie przemoczeni. Gdyby nie padało to pewnie pojechalibyśmy na Rostworowskiego rzucić okiem w okna poprzedniego mieszkania. Człowiek się przyzwyczai a potem tęskni...
Dotarliśmy do domu mokrzy, z lekka ubłoceni ale niesamowicie szczęśliwi. To była bardzo przyjemna wycieczka!
Trasa: domek (nowe mieszkanie, ale nadal Pogodno) > Słoneczne > Pomorzany > bankomat > domek. Na Słoneczne w szczycie przez centrum - było gorąco, zwłaszcza, że dawno nie śmigałam z samochodami po jednej ulicy... Poza tym fajnie. I znów przebiłam sobie oponę i dętkę. Tym razem kawałkiem szkła. I tym razem prawie sama zakleiłam dętkę. Adam podpowiadał niektóre czynności i dokończył pompowanie. Niestety przez to, że w zeszłym miesiącu tak mocno się opuściłam (przez przeprowadzkę i nadwerężenie nadgarstka) to jakoś kondycja mi spadła i tyłek boli i w ogóle padam...
Do pracy z nowego mieszkania postanowiłam pojechać na rowerze. Niestety trasa jest dłuższa niż ze starego a i komunikacją miejską też trudniejsza (z przesiadką). I jeszcze niestety wyszłam trochę późno i musiałam gnać. Do tego, żeby pecha nie było za mało, licznik mimo naprawienia przez Adama nadal nie pokazywał godziny i jeszcze po krótkim kawałku przestał w ogóle reagować. Prawdopodobnie odsunął się czujnik od magnesu i koniec. Nie miałam czasu sprawdzać, więc statystyki są na oko. Generalnie dojazd nie jest łatwy. Muszę sprawdzić na mapie którędy będzie najszybciej i najprzyjemniej.
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).