Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2011

Dystans całkowity:65.66 km (w terenie 10.00 km; 15.23%)
Czas w ruchu:04:23
Średnia prędkość:14.98 km/h
Maksymalna prędkość:36.34 km/h
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:16.42 km i 1h 05m
Więcej statystyk

Pogodno-Dąbie-Pogodno czyli na drugi koniec świata ;)

Sobota, 30 kwietnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
9 rocznica śmierci Mateusza. Pojechaliśmy na jego grób do Dąbia.

Po drodze sprawdziliśmy stan budowy najdłuższej chyba DDR w naszym mieście, która kosztować ma grube pieniądze. Mam mieszane uczucia. Niby robią, ale jakieś to takie poszatkowane. Chodniki częściowo porobione. Sama ścieżka ma być chyba wylewana asfaltem czy czymś podobnym. Na razie dziura. Więc tak jak wcześniej - jeździ się chodnikami. Co jak co, ale na tej trasie na ulicę nie wyjdę. Życie mi miłe.

Na miejscu przypadkiem spotkaliśmy moich rodziców i brata. Braciszek pośmigał na obydwu rowerach. Widać było, że od dziecka nie ma "bajka" i mu troszkę brakuje ;-). Ale ma auto, którego mu zazdroszczę... Jak widać - nie można mieć wszystkiego. Później podjechaliśmy na moment do moich dzików. Chyba mnie nie poznały. Albo udawały, żebym się nie cieszyła zbytnio. Podbiegły dopiero po jakimś czasie mojego nawoływania. Za to pies, po chwili wahania, chciał mnie zjeść :(. Smuteczek. Podskoczyliśmy też do rodziny Mateusza. Oddać miskę pożyczoną jesienią (...) i zamienić parę słów. Skończyło się na herbacie, cieście, głaskaniu królika (rany, nie wiedziałam, że króliki mogą być takie ogromne!) i długim rozmawianiu. Chciałoby się dłużej, ale już 19sta a na dworze coraz zimniej.

Powrót był trudny. Po pierwsze bolesny (zad) a po drugie zimny. Jakiś lodowaty front nadciągnął nad Szczecin. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się chwilę posłuchać ropuch, ale zimne powietrze pogoniło nas znad stawu szybko. Jeszcze tylko kilka chmar muszek włażących wszędzie (gdzież ach gdzież są moje okulary... pozdrawiam szczęśliwego znalazcę... :/ ) i kilka podjazdów w mieście.

Jak na moją kondycję była to trudna wyprawa...

/avg 14,85/

Lany Poniedziałek

Poniedziałek, 25 kwietnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
W drugi dzień świąt zaproszeni byliśmy na Pomorzany na obiadek. Nie chcąc zawierzać komunikacji miejskiej, jeżdżącej tego dnia jakkolwiek bądź, oraz narażać się na oblanie wiadrem przez radosną młodzież, wsiedliśmy na rowery. W tamtą stronę pędziliśmy, gdyż oczywiście byliśmy spóźnieni. Do domu jechaliśmy już spokojniej. Taka tam przejażdżka przez miasto.

A wieczorem jeszcze 3 km marszu - Adam chce mnie wykończyć ;)

avg 15,77

Spalanie kalorii niedzielnego śniadania z rodziną

Niedziela, 24 kwietnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Wróciliśmy z rodzinnego śniadania około godziny 17 ;). Odsapnęliśmy, wyciągnęliśmy rowery, odzialiśmy się w kaski i całą resztę. Po czym okazało się, że mój wentyl ogłosił bunt na pokładzie i zarzekł się, że nie będzie współpracował. Wymiana dętki to coś, czego Adam mnie już uczył i potrafiłam zrobić to sama. Jednak okazało się, że miałam zbyt mało ćwiczeń (bo ileż razy w sezonie wymienia się dętkę) i potrzebowałam podpowiedzi. Niemniej po kilkudziesięciu minutach byliśmy w końcu gotowi. Mniejsza z tym, że żaden klej do łatek nie działał i musiałam użyć kropelki. Ciekawe jak to wpłynie na dętkę... W każdym razie porowerowaliśmy stałą trasą w stronę jeziora Głębokiego, dookoła tegoż i z powrotem. Zapomniałam już jak się jeździ i trochę ślizgałam się po igłach, piachu, szyszkach i korzeniach. Brrr... Ale satysfakcja ogromna.

A na koniec jeszcze, już po zmierzchu, 4 km szybkiego marszu. Chyba wybiliśmy wszystkie nadprogramowe kalorie ;).

Średnia prędkość 16,17 wg licznika Adama (mój wciąż bez baterii), ale nie wiem, gdzie to się wpisuje (czy nie wpisuje?).

Wróciłam!

Środa, 20 kwietnia 2011 · Komentarze(1)
Kategoria pitu pitu
27.04.2011
Wróciłam na bikestats. Zeszły rok minął jakoś tak niezauważalnie. Jeździłam, owszem, choć niewiele. Spisywałam dane z licznika na karteczki, to oczywiste. A potem te karteczki ginęły na moim biurku (które nadaje się tylko do podłożenia pod nie bomby). Gdzieś tam są, tylko bez dat... Więc po prostu cały rok poszedł się kopać. Cóż. Nie będę płakać nad rozlanym mlekiem, w każdym razie nie za bardzo. Ale trzeba iść do przodu, więc zaczynamy :-)

20.04.2011
Wyciągnęłam rower. Napompowałam koła. To znaczy tak mi się wydawało. Jak się ma siłę gekona, to co tu można zdziałać? Ale dało się jeździć. Popędziłam ulicami na uczelnie cyknąć jej fotkę potrzebną mi do pewnego projektu. Posiedziałam, pogrzałam się na słoneczku i wróciłam. Rower nie wyczyszczony po jesieni (wstyd...), nie nasmarowany, nie przygotowany. Ale nie rozsypał się. Ergo - dobra firma ;). I tylko w liczniku baterii brak, więc dane mocno naciągane. Wnioski - z kondycją jest gorzej niż źle. Ale damy radę.