Jadąc tam trafiłam na faceta, który stukał się w głowę na mój widok. Może go coś bolało, bo dojeżdżałam do przejazdu rowerowego, który on przekraczał właśnie. Hm...
Wracając trafiłam na korek. Dłuższą nitkę korka ominęłam do połowy drugim pasem - wolnym. Potem wbiłam się między pasy i lawirując między lusterkami dojechałam prawie do ronda. Trzy auta przed rondem wykorzystałam lukę po prawej stronie, zjechałam na prawy pas, minęłam te auta i wbiłam się na ddr. Podobało mi się ;)
I znów na Wzgórze - poprowadzić wieczorne zajęcia. Poprawiłam trochę średnią od domu do Zdrojów - było nieco ponad 19. A potem jak zwykle podjazd mnie zdeptał i powrót już bez szaleństwa.
Zajęcia się udały. Po drodze jeszcze podskoczyłam do mamy po pieniążki na wyjazd do Wrocka i po bluzkę (bo nie pomyślałam, że o 22 będzie zimno) i popędziłam do domu, bo nie miałam baterii w lampkach. Wstyd. Dojechałam jak już było prawie ciemno. Dobrze, że nikt się nie przyczepił. Ale baterie trzeba w końcu kupić.
Mamcia zadzwoniła z propozycją obiadku i już dwie godzinki później pędziliśmy na Słoneczne. Adam dawno nie pokonywał tej trasy i był nieco zdziwiony trudnościami związanymi z budową DDR (która wciąż się okrutnie ślimaczy). Ale udało się. Obiad był smaczny, droga w obie strojny fajna. Zwłaszcza, że dawno nigdzie nie jechałam z A.
Pojechałam na Wzgórze po moją książeczkę sanepidowską i przy okazji trochę pomóc w przygotowaniach do Kursu Drużynowych. Do wyboru dostałam mycie okien i koszenie trawnika. Nie trudno zgadnąć, co wybrałam ;).
Kosiara była na prąd a kabel bez fragmentu izolacji... Ostrze było półostre a teren nierówny (zawdzięczamy to notorycznym wizytom dziczych rodzinek, które szukają niewiadomoczego). Ja zaś byłam nowicjuszką kosiarstwa. Zrobiłam ogromną ilość kilometrów tym wozem, mam odcisk na dłoni, zakwasy i obolałe ścięgna...
A potem jeszcze trzeba było dojechać do domu po kałużach (w między czasie rozpadało się okropnie) zahaczając jeszcze o aptekę i z 27 km zrobiło się 31. Byłam totalnie wyczerpana...
Pojechałam na spotkanie naszego Klubu Honorowych Dawców Krwi "Krwilijka". Trasa znana, przez miasto, bez emocji. No, oprócz karetki, która chciała mnie przejechać na skrzyżowaniu nieopodal pogotowia. Nie, nie jechała na sygnale, ale kierowca gadał przez telefon...
Jakiś czas temu skończyła mi się sieciówka a brakło moniaczków na nową. Pracy niet, więc można zaoszczędzić od czasu do czasu - także gdy pogoda dopisała wsiadłam na rower i pojechałam na Słoneczne do dzieciaków.
Miasto o tej godzinie zakorkowane z lekka. Najgorzej było przy pl. Żołnierza i Bramie Królewskiej - wysiadły światła, ruchem kierowała Policja a korek rósł w oczach. Korzystając z nowego przywileju próbowałam ciąg samochodów wyprzedzić od prawej strony, jednak ustawienie niektórych baranów zmusiło mnie do podjechania po chodniku. Dobrze, że policjant stojący na skrzyżowaniu stał tyłem i nie widział, jak zeskakuję z chodnika i włączam się do ruchu ;). Ta sama sytuacja powtórzyła się już za chwilkę na Bramie. Znów barany równające do prawej, znów chodnik i znów odwrócony policjant. Uff ;). Później jeszcze prawie wyrwałam otwarte drzwi jednemu panu parkującemu, o dziwo, na chodniku ;).
Dalej było już tak jak zawsze. Od poprzedniej wyprawy na Prawobrzeże prawie nic się nie zmieniło w kwestii DDR. Sama bym ją szybciej zrobiła, kurza stopa... Spotkałam zaczepnych robotników w busiku wlokącym się w korku, kolegę na wąskim moście i miłego kierowcę, który zrobił mi miejsce po swej prawej, gdy chciałam ominąć korek przed rondem. Dziękuję :).
Powrót był już nieco luźniejszy. Poza nagromadzeniem ludzisk w okolicy Odry. Dni Morza, cóż... Dlaczego na takie imprezy zawsze ciągną takie ilości buców?
No nic to. Standardowa wyprawa z odrobiną urozmaiceń.
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).