Wsiadłam i pojechałam do Chorągwi zobaczyć jak dziewczyny sobie radzą na hufcowej RPG. Z tego wszystkiego sama zagrałam, zostałam 3 godziny dłużej i zmarzłam wracając. Trasa dobrze znana + samochody = prułam, jak to zwykle po mieście. Ale kondycja żadna...
Skupiłam się w sobie i napompowałam koła bardziej niż wczoraj. Czyli prawdopodobnie kwestia moich mocy, nie dętek. I dobrze i źle. Potem wsiadłam i zabolał mnie tyłek. Alejakto? Po niecałych 4 km??? Niedobrze. Pojechałam sobie Taczaka w dół aż do starego kościółka na Krzekowie. Zapoznałam się z historią Krzekowa i ruszyłam w drogę powrotną. Boli mnie bark albo raczej jakieś mięśnie za prawą łopatką. Obracanie głowy pod pewnymi kątami kończy się ukłuciem bólu. Ale jakoś się kulałam. Nie chcąc jeszcze skręcać do domu postanowiłam sprawdzić pewną ścieżkę. Po dłuższym, niż spodziewany, czasie dojechałam tam gdzie chciałam. Park przy osiedlu domków, który stworzono PRZED zbudowaniem osiedla domków. Ewenement. Domki wciąż w budowie, park wygląda wciąż dobrze. Ludzie spacerują, ławki stoją. Wszystko ok. Jest nawet siłownia, na której spróbowałam swoich sił. Śmieszne urządzenia. Gdy byłam na jednym z nich zadzwonił A. i tak się rozbujałam, że spadłam potłukłszy sobie żebra o rurę. A potem zobaczyłam, że palą się trawy. Ustaliwszy nazwę ulicy zadzwoniłam po straż, ale rzekli, że już jadą. Ktoś mnie uprzedził ;). Dokulałam się potem do domu. To kiedy znów? ;-)
avg 10,75 (bo się rekreacjonowałam rozglądając a nie jakieśtam rekordy czy coś;) )
Wyjęłam rower ze schowka. Krótka wycieczka do bankomatu i po sieciówkę była w sam raz na przetestowanie stanu roweru. Wnioski: - nie mam siły napompować kół ALBO nie trzymają powietrza - do sprawdzenia - nie mam mocy - lampki do kupienia, przypomniałam sobie o tym smutnym fakcie - wjechanie w krzaki boli (jak się człowiek na opony zagapi) - 10 stopni to mało jak na rękawiczki bez palców i polar
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).