I znów do pracy. Tym razem prawie klasycznie wylądowałam na drzwiach samochodu - zjeżdżał z ulicy przecinając ścieżkę. Ledwo ledwo się udało. Ale i ja i on wystraszyliśmy się nieco. Mam nadzieję, że on bardziej;-)
A największym kłopotem powrotów są zderzenia z chrabąszczami. Bydlęta wielkie i się zderzają. Ze mną.
I znów. Tym razem w drodze powrotnej nie przejechałam żadnego ślimaka (bo nie było po deszczu). Zaliczyłam natomiast kilka kolizji z chrabąszczami oraz bardzo bliski przejazd koło pieszego lezącego po ścieżce (musnęłam go bokiem, mam nadzieję, że się przestraszył).
I odważyłam się. Pojechałam do pracy i z niej wróciłam. Contessą, gdyż nie będąc (jeszcze) w posiadaniu dobrego zapięcia rowerowego tylko ją byłam w stanie wnieść na zaplecze (wąskie przejście, ale górą rower daje radę). Dojechałam i wróciłam. Mam trzy ronda po drodze, kilka świateł (co jest najbardziej upierdliwe) ale przez niemal całą trasę mam ścieżkę rowerową. Jej stan pozostawia wiele do życzenia, ale cóż, musi mi wystarczyć tak jak jest...
Jechało się nieźle, wracało jeszcze lepiej. Niby zabiera to podobną ilość czasu, co autobusem (zwłaszcza do pracy) to jakoś tak człowiek lepiej się czuje (zwłaszcza wracając).
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).