To był pierwszy dzień piątego Pyromagic. Finału czterech ostatnich lat. Wyszliśmy za późno, dużo za późno. Gnałam okrutnie. Później A. powiedział, że był pod wrażeniem i miał problem z nadążeniem. Niestety fajerwerki rozpoczęły się jak jeszcze byliśmy daleko. Na Wały dojechaliśmy tak gdzieś w połowie pokazu. Stojąc w zupełnie dupnym miejscu nie byliśmy w stanie ani się zachwycić ani docenić... Po pierwszym pokazie postanowiliśmy przejść na drugą stronę Wałów i tam się gdzieś ulokować wygodnie. I zrobiliśmy błąd. Zamiast objechać spokojnie górą to wpakowaliśmy się w ten tłum. Z ROWERAMI! Były dziwne spojrzenia, współczujące spojrzenia, złośliwe mamrotania pod nosem, humorystyczne komentarze (pani wsiądzie i jedzie, będzie skuteczniej! tak, i włączę wycieraczki! hahahaha), zdziwione miny, jak ktoś wlazł na koło (bo nie patrzy, gdzie lezie). Ale po eonach dodreptaliśmy pod północną latarnię i ulokowaliśmy się za kontenerem śmietnikowym. Wątpliwe walory zapachowe wynagrodziła nam możliwość oparcia rowerów i brak wysokich osób w najbliższym polu widzenia. Po pokazie ruszyliśmy w drogę powrotną. Niczym w grze zręcznościowej mijaliśmy stojące w korku samochody, zapracowanych policmajstrów. A, zarobił trąbę (jak się wjeżdża przed autko, które właśnie ruszyło, to czego się można spodziewać...). I tak dobrze, że trąbę a nie dzwon. Gdy już wyjeżdżaliśmy z najgorszego korka (ależ zabawa! naprawdę! przeuroczo) zorientowałam się, że nie miałam wpiętego licznika. Także najwolniejsze manewry nie zostały policzone do ogólnej klasyfikacji, stąd tak wysoki wynik. Bo i spowrotem gnałam niesiona wściekłością na A, który raczył mnie pouczać, jak mam jeździć po mieście. Bezczelny;). Ja mam prawko w tym związku;). avg 20,13 (!!!)
ps-max jest z Jagiellońskiej. mnią. gorzej w drugą stronę.
Wiozłam do pracy plecak pełen po brzegi książkami. Ciężki jak cholera. Wbijający się w plecy. Miałam bardzo mało czasu, ale całkiem dobrze mi się jechało, nawet dość lekko jak na taki bagaż. Natomiast droga powrotna okazała się drogą przez mękę. Lekkie odcinki pokonywałam z trudem, trudniejsze ledwo... Dziwne...
lampka was dead, więc wracałam ścieżką rowerową (dlatego dłużej). jadę sobie jadę, wjeżdżam w ciemny placek (drzewa zasłaniały światło z ulicy) i widzę dwie odblaskowe naszywki policmajstrów. myślę - przerąbane. nie mam światełka. zaraz będzie lipnica. zbliżam się pełna obaw i widzę jak jeden złazi ze ścieżki, którą sobie radośnie dreptał. minęliśmy się w milczącym remisie. ha. avg18,25
Rześko - najfajniejsza pogoda do jazdy. Zaczynasz i jest ci chłodno ale zaraz się rozgrzewasz. Muszę tylko pamiętać o chustce na szyję. Jednak jest potrzebna. avg18,82
Lubię sobie czasem z kimś porywalizować. Ten ktoś zazwyczaj o tym nie wie, rywalizacja zachodzi na poziomie mojej głowy. Lubię sobie takiego kogoś wyprzedzić, choć wygląda na dobrego rowerzystę. Niestety czasem taka rywalizacja jest gorzka - wyprzedził mnie dziś jakiś dziadzio na trekingu... No cóż, pozostaje pochwalić kondycji ;-) avg. 17,53
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).