Sobotnia słoneczna pogoda tak nas zaskoczyła, że na niedzielę zaplanowaliśmy wycieczkę. Niewiele brakowało a zrezygnowalibyśmy, ponieważ nie było tak słonecznie jak w prognozach. Ale zjedliśmy obiadek i wyruszyliśmy na standardową trasę. Szybko okazało się, że wiatr jest jednak zimny i uszka nam marzną ale nie zrażaliśmy się. W lesie, po zjechaniu z utwardzonej trasy, trafiliśmy na resztki śniegu i mnóstwo błota. Jak dla mnie niesamowita przygoda! Jeszcze nie jeździłam w takich warunkach i bawiłam się cudnie. Adam trochę mniej;-). Nie jechaliśmy daleko, żeby się nie przemęczyć za pierwszym razem. Wróciliśmy bardzo zadowoleni. To będzie dobry sezon:-). avg - 11,44
Mieliśmy w planach skoczyć na cmentarz do Dąbia a potem na Słonko do mojej rodzinki siostrę pożegnać przed wyjazdem do Wiednia na pół roku. Cały poranek zastanawialiśmy się jak rozwiązać sprawę transportu. Piękna pogoda zadecydowała, że załatwimy to wszystko na rowerze.
Do Dąbia jechało się bardzo przyjemnie. Cieplutko (musieliśmy się po drodze rozdziać z polarów ubranych na wszelki wypadek), bez wiatru, w słoneczku. Gdy ruszaliśmy z Dąbia na Słonko zaczynało już wiać z lekka. Tuż przed dworcem PKP coś zaszeleściło mi przy tylnym kole. Stwierdziłam, że jak nic to liść się wkręcił i jechałam dalej. Niestety coraz trudniej mi to przychodziło, także koło dworca zerknęłam na tylne koło. TOTALNY FLAK!! Zatrzymaliśmy się na ławeczce. Sporawy kawałek szkła przebił oponę i rozwalił dętkę. MOJA PIERWSZA DZIURA W DĘTCE I OPONIE! Załatałam obydwie. Pierwszy raz robiłam to sama (z podpowiedziami od Adama). Pojechaliśmy dalej.
Po pysznym obiedzie ruszyliśmy z obolałymi tyłkami do domu. Średnia 17 jak zwykle po dotarciu do domu wynosiła sporo mniej. Ach te podjazdy... Najgorszy koło zamku, ledwo się wlokłam...
A dziś (dnia następnego, kiedy piszę tę relację) boli mnie wszystko, a najbardziej uda, kolana i zadek ;-) Ale nie żałuję, bo być może to mój ostatni wypad w tym sezonie. Kto wie, jak to będzie z tą pogodą teraz...
Na masę wyruszyłam z domu dopiero 18:10, bo do domu trafiłam tuż po 18stej. Także wzięłam się za siebie i ulicami pognałam do centrum. Okazało się, że trasa tej masy była nieco inna od poprzedniej i trochę sobie poszukałam. Dołączyłam w połowie, pogadałam ze znajomym z RSz i pooglądałam sobie dwa stare rowery (tzn jeden był na pewno stary a drugi albo nówka albo odnawiany, choć stawiałabym na to drugie). Masa skończyła się nietypowo na Zamku, skąd pognaliśmy do domu przez park i po ciemku (słabe lampki).
Pędząc na masę doszłam do wniosku, że dużo mniej boję się jeździć ulicami, koło samochodów. I dużo mniej boję się prędkości (którą oczywiście mam większą niż kiedyś). Ale gdy pojawia się Adam i zaczyna mnie strofować, że coś robię nie po jego myśli, to cała radość z rowerowania ulicami miasta spada do zera... Faceci! Bądźcie wyrozumiali dla swoich kobiet! Nie psujcie nam radości z jazdy! Jesteśmy inni i inaczej jeździmy, uszanujcie to.
Część kotów mieszkająca w czterech ścianach dostaje wieczorami kociokwiku i musi się wybiegać pędząc przez mieszkanie niemal po ścianach. Po prostu je roznosi.
Mnie też dziś chciało roznieść, więc się wkurzyłam, zabrałam rower i poszłam, pomimo, że się zmierzchało. Objechałam sobie trasę na Głębokie i spowrotem.
Zimno się robi, zwłaszcza w uszy... Trzeba by pomyśleć o czymś ocieplającym.
Michał już jakiś czas wspominał o wspólnym wypadzie rowerowym i dziś nadarzyła się okazja, zwłaszcza, że potrzebowaliśmy pogadać. Tak więc wsiadłam na rower i pojechaliśmy. Zrobiliśmy szybko trasę, którą kiedyś przejechałam z Adamem - do Pilchowa i powrót przez lasy. Było szybko, fajnie, z lekka błotniście i piaskowo. Dzięki Michał.
Na Pomorzany na pierwsze urodziny Nikoli i spowrotem do domku. W tamtą stronę grzałam (avg-16,6) ale do domu jechałam już z Adamem, który podróżuje ostatnio na moim holendrze.
Wsiadłam na rower po półtora miesiąca rowerowej abstynencji... Powód - wyjazdy wakacyjne w góry itp. Ale dziś była masa krytyczna, także wypadało się pojawić. Niestety po tak długim rowerowym bezruchu bolą mnie stawy rąk i d*pa;-)
Rowerek po serwisowaniu śmiga jeszcze bajeczniej. Przerzutki wchodzą gładko i w ogóle jest pięknie:]
Masa bardzo mi się podobała. Dostałam dużą flagę, którą z Pawłem K. przymocowaliśmy taśmą do ramy. Odwiedziliśmy dziedziniec urzędu wojewódzkiego, gdzie wojewoda postawił niedawno kilka ładniutkich stojaków rowerowych z prawdziwego zdarzenia! A na przodzie peletonu dzielnie śmigała kilkuletnia dziewczynka na swoim rowerku. Tak gnała (nawet do 13km/h) że aż podskakiwała na siodełku:] Szkoda, że w ciągu roku szkolnego mam zajęte piątkowe wieczory i na masie nie mogę być :(
Relacja na youtube: Relacja w Kronice: http://ww6.tvp.pl/View?Cat=6555&id=781109
Pojechaliśmy rano po nasze rowery do moich rodziców (pozostawione tam dnia poprzedniego). Nic takiego w sumie. Choć Adam ładnie się postarał zawijając przez Pomorzany jeszcze i będąc w domu zaledwie 20 minut po mnie! Podziwiam.
ps-siodełko Scotta chyba jednak jest nie najlepsze...
Do rodziców na Słoneczne na obiadek. Adam mocno cisnął i musiałam go ciągle gonić, więc bardzo ale to bardzo się zmęczyłam... Nie mam tyle pary w nogach co on.
Spowrotem samochodem bo lało a rowerki zostały i czekają na odbiór.
Miałam do załatwienia dwie sprawy na moim rodzinnym Prawobrzeżu, także po pracy wsiadłam na rower i pojechałam.
Dojazd zajął mi godzinę. Trasa ulicami to około 16 km ale ja jechałam przez park Kasprowicza i ścieżkami rowerowymi (tam, gdzie się dało) przy okazji zatrzymując się kilkukrotnie, by zwrócić uwagę niefrasobliwym przechodniom. Załatwiwszy sprawę na Słonecznym pognałam na Wzgórze. Podjazd, podjazd, podjazd ale dałam radę, nawet na ostatnim, bardzo stromym odcinku. Na miejscu odpoczęłam chwilkę a potem pognałam do domu.
Muszę stwierdzić, że generalnie coraz mniej boję się jeździć po ulicach, coraz mniej boję się prędkości w ogóle i coraz bardziej lubię rowerowanie ;-)
W drodze powrotnej znów zaczęłam swoją akcję uświadamiania. Jeśli zaś chodzi o przechodniów to o dziwo większość z nich zachowała się uprzejmie. Z jedną starszą panią pogawędziłam sobie nieco o ścieżkach rowerowych w Szwecji ;-), inni albo grzecznie schodzili albo wyrażali swoją obojętność (i schodzili). Niestety na Jedności Narodowej, gdzie chodnik ma szerokość jakieś 4 metry, jeden facet okazał się bezczelny i niereformowalny... Jak zwykle zatrzymałam się grzecznie przy nim i grzecznie zwróciłam uwagę. Najpierw odpyskował (40 letni facet!) o co mi chodzi i czy nie mam co robić. Zeszłam z roweru i idąc kolo niego tłumaczyłam mu o co mi chodzi. Pan w pewnym momencie wszedł na trawnik i bezczelnie do mnie z tekstem, że o co mi chodzi, przecież on idzie po trawniku... Dałam sobie w końcu spokój i odwróciwszy się chciałam ruszyć w dalszą drogę, jednak siedząca nieopodal para staruszków zabiła mi brawo i złożyła gratulację podkreślając jak ważne jest edukowanie tego zepsutego społeczeństwa :D
Do domku dojechałam w dość dobrym humorze, zwłaszcza, że udało mi się wypracować całkiem niezłą średnią! Za to zmęczenie materiału było również całkiem niezłe;-)
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).