Już jestem trochę zmęczona dojazdami. Jutro przerwa - oddanie krwi. Nie wiem czy w piątek pojadę na rowerze. Max na początku - uciekałam przed autobusem;-)
Do pracy a z pracy wracając objechałam okoliczne sklepy zoologiczne w poszukiwaniu 20kg Benka. Znalazłam tylko w tym pierwszym;-). Ps-Mickiewicza kolo 15:30 robi się tłoczne, nie wiem jak udało mi się skręcić w lewo;-)
Ten tydzień teoretycznie odpoczywam od roweru, ponieważ mam zmianę w leśnictwie Dąbie a dojazd tam na rowerze na pewno nie byłby czasowo konkurencyjny z transportem miejskim a do tego byłby zbyt męczący (chyba z 15km w jedną stronę...). Ale dziś musieliśmy podjechać do TOZ i naszej ulubionej apteki, więc pojechaliśmy na rowerkach. Przyjemnie, bez obciążenia na plecach, powolutku:-)
Znów przed wyjściem do pracy zastanawiałam się, czy pakować lapka czy nie. Chmury były nieciekawe, ale spakowałam. Niestety na marne. Okazało się bowiem, że w pracy jest Mariusz, więc nici z kompa przed 15stą. Chmury się rozlazły i wyszło nawet słoneczko. Po 13stej zaczęłam w radiostacji słyszeć pożegnania, więc nabrałam podejrzeń, że dali 0. Mariusz wrócił z terenu, sprawdził w necie i potwierdził. Nic mi nie pozostało jak się ewakuować do domu. Także znów lapek pojechał w obie strony na marne. No może nie do końca, bo robił za obciążenie, więc kalorie spalały się nieco szybciej. W drodze powrotnej słoneczko świeciło a ja się nie spieszyłam, więc postanowiłam odbić w dwie dróżki, które odchodzą z ulicy, wzdłuż której jadę, a nie wiem dokąd prowadzą. Okazało się, że jedna z nich jest totalnie rozwalonym tylnym wjazdem na teren wojskowy - dojechałam do zerdzewiałej bramy. Drugi natomiast prowadzi do wjazdu na teren toru kolarskiego po czym kończy się nagle. Dalej prowadzi ścieżka, na którą nie wjeżdżałam, bo stoi przy niej znak "military area". W oddali widziałam chłopaka z psem na spacerze, jednak z lapkiem i tak bym się nie pokusiła na wycieczki po wertepach. Z lekka zawiedziona pognałam do domu wyprzedzając po drodze parę rowerzystów.
Znów do pracy. Jakoś tak bardzo zamyślona jechałam a na dodatek co chwila spotykałam policję. Dobrze, że nic się nie stało. Wychodząc z domu zastanawiałam się, czy brać lapka czy może nie doczekam do popołudnia (deszcze zapowiadane). Wzięłam i zrobiłam błąd, bo z pracy wyszłam już przed 14stą... I niepotrzebnie tachałam te kilogramy... No ale cóż.
Na starcie Adam się ze mną kłócił, że do jego rodziców mamy dalej niż ja do pracy. Powiedziałam mu, że się myli i okazało się, że mam rację. Poza tym sympatyczna przejażdżka. Dla Adama po dłuższej abstynencji rowerowej (nie wiedzieć czemu). Znów się nakręcił:-)
Upał był sporawy, więc wyszłam nieco wcześniej, żeby jechać powoli. Dla mnie jest to trudne zadanie, by nie grzać do przodu, ale jakoś się udawało. Pogoda zdecydowanie pomagała, powietrze było ciężkie i ciężko się oddychało.
Wzdłuż Wojska Polskiego natknęłam się na dwa motory zaparkowane na środku ścieżki. Z daleka zobaczyłam dwójkę rowerzystów zjeżdżających ze ścieżki na ruchliwą ulicę, żeby przejechać, bo ścieżką się nie dało. Zatrzymałam się więc koło motorów i poprosiłam, by nie zastawiali ścieżki. Facet starszy rzekł jedynie, że awaria jest. Facet młodszy (uczeń, bo to nauka jazdy była) lekko motor odsunął, więc starszy też. Ja tłumaczyłam, że tarasują ścieżkę i ludzie muszą zjeżdżać na ulicę, żeby przejechać. Młody odrzekł "awaria słonko" za co miałam ochotę go kopnąć. Odpowiedziałam, że rozumiem, ale to nie powód, żeby ścieżkę zastawiać i pojechałam. Echs...
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).