Dziś zaliczyłam pierwszą w życiu stłuczkę rowerową! Śmiać mi się chce na to wspomnienie, choć mogło być dużo gorzej.
Otóż - jechałam sobie ścieżką wzdłuż Wojska Polskiego do pracy. Zobaczyłam, że przede mną toczy się po ścieżce pan około 50tki. Toczył się po lewej stronie ścieżki, więc pomyślałam, że minę go po prawej. Spotykam czasem takich łosi, co to nie wiedzą, którędy się jeździ. Gdy już byłam prawie na jego wysokości, pan gwałtownie skręcił w prawo (zapewne chcąc wjechać na pasy), nie patrząc w ogóle do tyłu. Oczywiście wpadł na mnie... Dobrze, że nie mam spd i zdążyłam postawić nogę i przyjąć na siebie ciężar dwóch rowerów i opasłego pana, który nie dałby rady postawić nogi między rowerami. Tuż obok po jezdni mknęły, jak zwykle, samochody... Gdy pan już doszedł do siebie i odsunął się nieco zdjąwszy jedną ze słuchawek z uszu, rzuciłam coś a'la "no proszę pana!" na co on mi odparł, że wymija to się z lewej strony. No ciekawe, jak go miałam wyminąć skoro jechał lewą stroną... Rzekłam, że jechał prosto, lewą stroną, nie spojrzał do tyłu, gdy skręcał i nie dał żadnego znaku. Trochę poburczał i omiótł wzrokiem swój rower. Rzekłam, że nic się nie stało, więc grzecznie zapytał, czy mi też nic się nie stało. Byłam cała i zdrowa, choć nieco przez pana ubrudzona i wystraszona. Pożegnałam niedzielnego kierowcę rowerowego i pomknęłam do pracy.
Oby nigdy więcej stłuczek rowerowych a tym bardziej rowerowo-samochodowych... Brr...
Znów do pracy. A w pracy mój rower zapoznał się z P. I tu zderzyły się dwie osobowości. Dużo wcześniej rowerek mój śliczny poznał M., który ujrzawszy go i pochwaliwszy, że na rowerze przyjechałam, zapytał, czy malowanie jest mojego autorstwa a potem popodziwiał wygląd i zaczął chwalić się swoim zamiłowaniem do rowerów. Natomiast P. zapytał, czy to mój rower, po czym przykucnął, policzył zębatki, rzekł, że siedem a gdy go poprawiłam, że osiem, to się zachwycił tym, że aż tyle i że jedna taka malutka do wysokich prędkości. Potem omiótł wzrokiem, stwierdził brak błotników, współczuł. Następnie podpytał, którędy jadę i zaproponował podróż przez las wojskowy. Wyjęłam mapę i okazało się, że nidyrydy, dużo dalej. Zamarudził, że jakby chciał do domu, to ma przez las ciągle pod górkę i padłby po drodze. Zapytał ile jadę, więc sięgnęłam po licznik. Obejrzał i zachwycił się. Rzekł, że chciałby mieć krokomierz. A potem znów przyjrzał się rowerowi, znalazł miejsce na przyczepienie bagażnika (nawet nie wiedziałam, że mam) i stwierdził, że musi w końcu się za rowerem rozejrzeć, ale za takim, do którego mógłby przyczepić siedzonko dla syna.
Także - z M. miło się rozmawiało, ale z P. decydowanie przyjemniej :-)
Do pracy znów pojechałam rowerem równocześnie modląc się o deszcz, bo nie chciało mi się tam siedzieć 11 godzin. Moje marzenia spełniły się już po 11stej, ale deszcze były przelotne. Natomiast o wpół do pierwszej jak lunęło... Pozbierałam się (a miałam lapka ze sobą, żeby się nie nudzić) i ruszyłam do domu w tej ulewie. Było ciężko. Kałuże atakowały od spodu, woda kapała z daszka, ale dawałam radę. O dziwo było więcej takich jak ja. Ale widać było, że deszcz ich zaskoczył. Dojechałam do Unii Lubelskiej (chciałam pojechać trochę inną drogą) i zaczęło się przejaśniać. Pojechałam więc ulicami zgrabnie omijając kałuże. Pod domem słońce dawało już na maxa. Ale i tak wszystko miałam już mokre;-) Ciekawe doświadczenie.
Wg licznika drogę do pracy pokonałam w 18 minut. Wg zegarka w 20. Jestem w szoku. Ale zmachałam się porządnie. I wciąż nie mogę wymyślić dobrej drogi powrotnej...
Trasa: domek (nowe mieszkanie, ale nadal Pogodno) > Słoneczne > Pomorzany > bankomat > domek. Na Słoneczne w szczycie przez centrum - było gorąco, zwłaszcza, że dawno nie śmigałam z samochodami po jednej ulicy... Poza tym fajnie. I znów przebiłam sobie oponę i dętkę. Tym razem kawałkiem szkła. I tym razem prawie sama zakleiłam dętkę. Adam podpowiadał niektóre czynności i dokończył pompowanie. Niestety przez to, że w zeszłym miesiącu tak mocno się opuściłam (przez przeprowadzkę i nadwerężenie nadgarstka) to jakoś kondycja mi spadła i tyłek boli i w ogóle padam...
Do pracy z nowego mieszkania postanowiłam pojechać na rowerze. Niestety trasa jest dłuższa niż ze starego a i komunikacją miejską też trudniejsza (z przesiadką). I jeszcze niestety wyszłam trochę późno i musiałam gnać. Do tego, żeby pecha nie było za mało, licznik mimo naprawienia przez Adama nadal nie pokazywał godziny i jeszcze po krótkim kawałku przestał w ogóle reagować. Prawdopodobnie odsunął się czujnik od magnesu i koniec. Nie miałam czasu sprawdzać, więc statystyki są na oko. Generalnie dojazd nie jest łatwy. Muszę sprawdzić na mapie którędy będzie najszybciej i najprzyjemniej.
Znów wybrałam się do pracy na rowerze i nadal bez naprawionego licznika, także znów dane na oko.
Tego dnia kropiło. Mimo to zaryzykowałam i pojechałam na rowerze. M. wyraził podziw, że żadna pogoda mi nie straszna. W pewnym momencie po prostu zaczęło lać. P. zadzwonił, że mogę się zmywać do domu. Porządnie się pozapinałam, ukryłam telefon na dnie plecaka i ruszyłam w drogę. Opcja najszybsza - jazda śmieszką rowerową odpadła ze względu na małą konkurencyjność wobec podróży przez las. Niestety zanim dojechałam do docelowej, szerokiej i prostej drogi przez las, coś mnie podkusiło i skręciłam w niewielką ścieżynkę między drzewami. Szczerze mówiąc dzięki zwarciu drzew nade mną prawie na mnie nie kapało. Problemem były śliskie korzenie (w pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie...) i niskie gałęzie wchodzące na ścieżkę, które były całe mokre... Do tego gruba ściółka, głównie z drobnych kwiatków buka, która była mokra i przylepiała się grubą warstwą do kół oraz wyskakiwała spod kół i brudziła ramę i moje nogi. Jakoś udało mi się jednak przejechać przez ten kawałek bez przewrotki. Szczerze mówiąc bardzo mi się podobało.
Reszta trasy niestety przebiegała już po bardziej cywilizowanych terenach, przez co oczywiście zmokłam. Jednak ogólnie cieszę się, że mogłam doświadczyć takich przeżyć:-)
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).