Jako, że wycieczka nad morze musiała ulec odwołaniu, postanowiliśmy spędzić dzionek na rowerze. Dzięki sile Blipa pojawił się pomysł podróży nad jezioro Świdwie. Spisałam trasę przedstawioną przez jednego z blipowiczów, zapakowałam mapę i ruszyliśmy z samego rana.
Przejechawszy drogę, którą pokonuję do pracy (gdy mam dyżury na Głębokim) wjechaliśmy do lasu na czerwony szlak. Jechaliśmy nim aż do Bartoszewa. Część lasu znałam, gdyż leśniczy jeden i drugi mnie tam wozili kilkukrotnie. Gdy już jechaliśmy długo lasami państwowymi drogę przebiegła nam sarna a raczej koziołek. Fikał sobie bezgłośnie. Dobry to znak? ;-)
W Bartoszewie przy działkach przyjrzawszy się mapie skręciliśmy na szosę w lewo. Zamiast jednak dojechać do Żółtewa dotarliśmy do Grzepnicy. Nie powiem, droga była wyborna. Zero samochodów, przestrzenie pól po obu stronach. Ale nie tak trasa nasza miała prowadzić. Okazało się, że mapa, którą ze sobą zabraliśmy, jest na tyle stara, że od czasu jej wydania zmienił się układ dróg...* Nie bardzo wiedząc w którą stronę ruszyć skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy niewielką dróżką. Wkrótce zmieniła się na ziemną a my nadal nie wiedzieliśmy, czy dobrze jedziemy.
Pędząc sobie przez pola i lasy zastanawialiśmy się, jak skończy się ta wyprawa. W pewnym momencie zobaczyliśmy kierunkowskaz "Świdwie"! Hurra, jesteśmy uratowani! Popędziliśmy drogą, którą wskazywał drogowskaz, jednak znów pojawiły się wątpliwości. Otóż droga rozwidlała się. Wybraliśmy odnogę lewą, bardziej uczęszczaną. Za chwilę zatrzymał się przy nas samochód jadący z naprzeciwka z parą staruszków. Pan kierowca zapytał, czy nie wiemy, którędy do Świdwia. Oparliśmy, że nie i pożegnaliśmy się. Teraz dopiero ogarnęły nas ogromne wątpliwości... Mimo to pedałowaliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy kolejny drogowskaz! Uspokoiliśmy się nieco a napotkani rowerzyści uspokoili nas do końca mówiąc, że już bliziutko. Dojechaliśmy do jeziora naprawdę szczęśliwi:-)
Po spożyciu śniadanka wjechaliśmy do rezerwatu a następnie wspięliśmy się na wieżę. Niestety, oprócz łabędzi po drugiej stronie jeziora, nie napotkaliśmy żadnych ptaków. Szkoda. Po obejrzeniu sobie jeziorka zabraliśmy się w drogę powrotną. Jadąc inną drogą okazało się, że to bardzo bliziutko pierwszego drogowskazu, który pokazywał sporo dłuższą drogę do jeziora. Później długi kawałek drogi szutrem. Z Tanowa wracaliśmy już szosą, bo Adama bolał zadek. Tak to jest jak się nie jeździ;-). W tym roku ja mam przewagę, bo dużo dojeżdżałam do pracy, a on nie. Wyciskając z siebie ostatnie siły dojechaliśmy do Pilchowa, gdzie wtoczyliśmy się na ścieżkę i już spokojnie doczłapaliśmy się do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi, padliśmy na dywan w pokoju i chwilę leżeliśmy ciesząc się z udanej wycieczki. Oby takich więcej:-)
W Boże Ciało zachciało mi się wyjść na rower. Między robieniem różności a zaplanowanym obiadkiem i mszą nie było zbyt wiele czasu. Zanim się zebraliśmy zrobiło się go jeszcze mniej. Ale tak bardzo chciałam się ruszyć. Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda kościół położony niedaleko a potem pojechać Taczaka. Czemu? Bo nigdy nie byłam w tamtych rejonach a ulica szeroka i ciekawiło mnie dokąd prowadzi. Miała być wycieczka króciutka, zrobiła się długa i bardzo miła. W pewnym momencie skręciliśmy w Łukasińskiego chcąc zobaczyć co jest kawałek w głąb ulicy. Ale tak jechaliśmy i jechaliśmy. Minęliśmy ogródki działkowe, minęliśmy strzelnicę wojskową (przypomniało mi się, że kilkukrotnie byłam na niej na jakiś festynach wojskowych). Skręcaliśmy czasem w boczne uliczki poprzypatrywać się wypaśnym chałupom i snuć własne marzenia. Dojechaliśmy do końca ulicy. Rozum kazał zawracać ale nasza ciekawość bywa ogromna, więc skręciliśmy w żwirówkę w lewo i pojechaliśmy dalej. Po krótkim fragmencie dojechaliśmy do bardzo starego domu. Pewnie jeszcze nie tak dawno stał samotnie w szczerym polu a teraz wyglądał smętnie w otoczeniu nowych budowli. Skręciliśmy w prawo na drogę gruntową i pognaliśmy dalej wiedząc już, że to nie będzie krótka wycieczka. Trochę doskwierał nam brak wody (wszak w pierwotnym planie zaraz mieliśmy wracać do domu) ale dawaliśmy radę. Po minięciu ostatniej super-chałupy, błotnistymi wertepami dotarliśmy do ogrodzonych działeczek na sprzedaż. Dookoła łyse pole. Niesamowita okolica. Mogłabym nawet tam zamieszkać. Szkoda tylko, że pewnie na przestrzeni kilku lat okolica z polnej zrobiłaby się willowa... Jechaliśmy dalej po błotnych wertepach. Minęliśmy ruinę jakiejś budowli. Pewnie wojskowej. Obiecaliśmy sobie wrócić tam kiedyś z aparatem i pojechaliśmy dalej. Po chwili wyjechaliśmy na granicę Bezrzecza. Tu mogliśmy skręcić w prawo i powoli wracać do domu ale pogoda była tak przyjemna, że pojechaliśmy w lewo. Po fragmencie najbardziej dziurawej asfaltówki, jaką w życiu widziałam trafiliśmy na gładziutką drogę, w dodatku niemal bez samochodów. Potrenowaliśmy jazdę bez trzymanki by chwilę później rozpędzić się z górki (bez pedałowania!) i wjechać do malutkiej wioseczki, która mogła się pochwalić RONDEM! Najprawdziwszym rondem ulicznym! Wybraliśmy drogę w prawo, gdyż głód powoli zaczynał nam doskwierać. Mijając jakieś budowle mające coś wspólnego ze ściekami dojechaliśmy po wertepach do małego skupiska nowo budowanych domków. Ludzie to mają pomysły. Wszędzie daleko, dookoła łyse pole, nieopodal ścieki a oni domek budują... Minąwszy nowe zabudowania ujrzeliśmy kilka starych budowli. Pewnie kolejne gospodarstwo. Od nich droga była już w miarę przejezdna i szybciutko, między polami, dotarliśmy do normalnej drogi i zaraz potem wjechaliśmy do Wołczkowa, tak jak podejrzewałam próbując w głowie rysować trasę naszej wycieczki. Ulicą przez Wołczkowo dojechaliśmy do Głębokiego. Po drodze wyprzedziliśmy państwa w średnim wieku, którzy później wyprzedzili nas. Adam wyprzedził kobiecinę i pognał do przodu niedościgniony. Ja wyprzedziłam faceta, który został daleko w tyle. W końcu kobieta to dostrzegła i puściła mnie do przodu, ale Adama już nie dogoniłam. Byłam zupełnie bez szans. Zwłaszcza, że bardzo drętwiały mi dłonie... Z Głębokiego wyruszyliśmy drogą przez las a gdy dojechaliśmy do skrzyżowania przy Schronisku zaczęło padać. Chwilę poczekaliśmy pod drzewami a potem ruszyliśmy pod górę. Ulicą Zawadzkiego, potem Klonowica, Wernyhory, Reduty Ordona. Na Zawadzkiego zaczęło padać mocniej. Potem już po prostu lało, więc do domu dotarliśmy zupełnie przemoczeni. Gdyby nie padało to pewnie pojechalibyśmy na Rostworowskiego rzucić okiem w okna poprzedniego mieszkania. Człowiek się przyzwyczai a potem tęskni...
Dotarliśmy do domu mokrzy, z lekka ubłoceni ale niesamowicie szczęśliwi. To była bardzo przyjemna wycieczka!
Pierwsza dłuższa wyprawa tego sezonu. A wszystko przez moje harcerki. Jedna z nich zaproponowała wycieczkę rowerową, co spotkało się z zainteresowaniem kilku osób i cóż, nie miałam wyjścia. Musiałam w sobotni poranek zebrać się w sobie, dojechać na Słoneczne, pokulać się po Puszczy Bukowej a potem jeszcze wrócić. I o dziwo udało się, choć nie było łatwo...
Najważniejszym problemem był brak roweru. Bo jak pojechać na wycieczkę rowerową bez roweru? A Contessa wciąż jeszcze nie doszła... Kupiliśmy zwyczajne pedały, odgrzebaliśmy moje bardzo stare siodło i zamontowaliśmy to wszystko na rowerze Adama. Wytargałam go na dwór, żeby sprawdzić jak się sprawuje. Uwierzcie mi, czułam się jak Superman lecący na spotkanie z Robinem... Rozciągnięta jak na torturach objechałam blok i wróciłam zdołowana do domu. nie było innego wyjścia jak przedzwonić do Mai - nowej właścicielki mojego ukochanego grata i spytać czy poratuje biedną przyszłą szwagierkę... Całe szczęście się zgodziła, więc w sobotni poranek podjechaliśmy na Pomorzany autobusem po rower.
Droga na Słoneczne minęła szybko. 45 minut ze średnią prawie 18 to, jak na mnie, bardzo ładnie. I tylko trochę się bałam na początku, bo przecież ostatnio tylko na holendrze a to przecież inna geometria. No i ruch uliczny... Ale dojechałam.
Etap kulania się po Puszczy Bukowej z czterema małoletnimi rowerzystkami (12-14 lat) przebiegał dość spokojnie. Kolorytu dodawała Karolinka, która radośnie pedałując cały czas na przełożeniu około 1:3 (bo jej tak wygodnie) wyjeżdżała co chwilę na ulicę zanim dojechaliśmy do lasu a w samym lesie powtarzając, że na rowerze siedziała 2 lata temu, marudziła, że ciężko. No i wtedy też wydarzyła się rzecz najgorsza... Na jednym z postojów zostawiłam moje okularki kochane... W drodze powrotnej już ich tam nie było :( Droga jest często uczęszczana przez ludzi na rowerach, w samochodach czy pieszo, także pewnie ktoś się bardzo ucieszył z niespodziewanego podarunku... A niech mu się porysują i połamią! No! Co do dziewczyn to dały radę. Jestem z nich dumna:-)
Powrót był już dużo trudniejszy. Choćby ze względu na narastającą migrenę... Po drodze jeszcze zajechałam do jednej z harcerek dać jej przesyłkę i trafiłam na jej mamę, która miała ochotę z kimś pogadać;-) Także jakieś 20 minut spędziłam na kanapie głaszcząc kota;-) Wracało mi się naprawdę z minuty na minutę coraz gorzej. Moje migreny są dość silne a jeszcze zaczął dokuczać mi głód. Skusiłam się więc na Wyszyńskiego na kupno banana w budce warzywnej przez co zafundowałam sobie 15 minutową przerwę bo pan warzywny również miał dzień na gadanie... Rozmawialiśmy sobie o samochodach i nauce jazdy;-) Jeszcze przy amfiteatrze wchłonęłam duże lody (takie sobie, średnio polecam) i jakoś doturlałam się do domu. Wprowadziłam rower i padłam... Wstałam dopiero jak zaczęły działać leki...
Wyprawa bardzo fajna. I byłabym w 100% zadowolona gdyby nie ta migrena. Nie bardzo wiem skąd się wzięła. Czy z wysiłku? Z ucisku głowy kaskiem? Z ucisku ramion przez plecak? Ze zbyt małej ilości wody bądź jedzenia? Podejrzewam, że wszystkie te czynniki miały duże znaczenie, jednak wolałabym wiedzieć na pewno...
Dodaję resztę statów: AVG-13.78 i MAX-31.
P.S. Rower oddaję Mai w poniedziałek. Również w poniedziałek ma przyjść moja Contessa :-))))
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).