Nieplanowana wyprawa w nieznane

Czwartek, 11 czerwca 2009 · Komentarze(0)
Kategoria trochę dalej
W Boże Ciało zachciało mi się wyjść na rower. Między robieniem różności a zaplanowanym obiadkiem i mszą nie było zbyt wiele czasu. Zanim się zebraliśmy zrobiło się go jeszcze mniej. Ale tak bardzo chciałam się ruszyć. Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda kościół położony niedaleko a potem pojechać Taczaka. Czemu? Bo nigdy nie byłam w tamtych rejonach a ulica szeroka i ciekawiło mnie dokąd prowadzi. Miała być wycieczka króciutka, zrobiła się długa i bardzo miła. W pewnym momencie skręciliśmy w Łukasińskiego chcąc zobaczyć co jest kawałek w głąb ulicy. Ale tak jechaliśmy i jechaliśmy. Minęliśmy ogródki działkowe, minęliśmy strzelnicę wojskową (przypomniało mi się, że kilkukrotnie byłam na niej na jakiś festynach wojskowych). Skręcaliśmy czasem w boczne uliczki poprzypatrywać się wypaśnym chałupom i snuć własne marzenia. Dojechaliśmy do końca ulicy. Rozum kazał zawracać ale nasza ciekawość bywa ogromna, więc skręciliśmy w żwirówkę w lewo i pojechaliśmy dalej. Po krótkim fragmencie dojechaliśmy do bardzo starego domu. Pewnie jeszcze nie tak dawno stał samotnie w szczerym polu a teraz wyglądał smętnie w otoczeniu nowych budowli. Skręciliśmy w prawo na drogę gruntową i pognaliśmy dalej wiedząc już, że to nie będzie krótka wycieczka. Trochę doskwierał nam brak wody (wszak w pierwotnym planie zaraz mieliśmy wracać do domu) ale dawaliśmy radę. Po minięciu ostatniej super-chałupy, błotnistymi wertepami dotarliśmy do ogrodzonych działeczek na sprzedaż. Dookoła łyse pole. Niesamowita okolica. Mogłabym nawet tam zamieszkać. Szkoda tylko, że pewnie na przestrzeni kilku lat okolica z polnej zrobiłaby się willowa... Jechaliśmy dalej po błotnych wertepach. Minęliśmy ruinę jakiejś budowli. Pewnie wojskowej. Obiecaliśmy sobie wrócić tam kiedyś z aparatem i pojechaliśmy dalej. Po chwili wyjechaliśmy na granicę Bezrzecza. Tu mogliśmy skręcić w prawo i powoli wracać do domu ale pogoda była tak przyjemna, że pojechaliśmy w lewo. Po fragmencie najbardziej dziurawej asfaltówki, jaką w życiu widziałam trafiliśmy na gładziutką drogę, w dodatku niemal bez samochodów. Potrenowaliśmy jazdę bez trzymanki by chwilę później rozpędzić się z górki (bez pedałowania!) i wjechać do malutkiej wioseczki, która mogła się pochwalić RONDEM! Najprawdziwszym rondem ulicznym! Wybraliśmy drogę w prawo, gdyż głód powoli zaczynał nam doskwierać. Mijając jakieś budowle mające coś wspólnego ze ściekami dojechaliśmy po wertepach do małego skupiska nowo budowanych domków. Ludzie to mają pomysły. Wszędzie daleko, dookoła łyse pole, nieopodal ścieki a oni domek budują... Minąwszy nowe zabudowania ujrzeliśmy kilka starych budowli. Pewnie kolejne gospodarstwo. Od nich droga była już w miarę przejezdna i szybciutko, między polami, dotarliśmy do normalnej drogi i zaraz potem wjechaliśmy do Wołczkowa, tak jak podejrzewałam próbując w głowie rysować trasę naszej wycieczki. Ulicą przez Wołczkowo dojechaliśmy do Głębokiego. Po drodze wyprzedziliśmy państwa w średnim wieku, którzy później wyprzedzili nas. Adam wyprzedził kobiecinę i pognał do przodu niedościgniony. Ja wyprzedziłam faceta, który został daleko w tyle. W końcu kobieta to dostrzegła i puściła mnie do przodu, ale Adama już nie dogoniłam. Byłam zupełnie bez szans. Zwłaszcza, że bardzo drętwiały mi dłonie... Z Głębokiego wyruszyliśmy drogą przez las a gdy dojechaliśmy do skrzyżowania przy Schronisku zaczęło padać. Chwilę poczekaliśmy pod drzewami a potem ruszyliśmy pod górę. Ulicą Zawadzkiego, potem Klonowica, Wernyhory, Reduty Ordona. Na Zawadzkiego zaczęło padać mocniej. Potem już po prostu lało, więc do domu dotarliśmy zupełnie przemoczeni. Gdyby nie padało to pewnie pojechalibyśmy na Rostworowskiego rzucić okiem w okna poprzedniego mieszkania. Człowiek się przyzwyczai a potem tęskni...

Dotarliśmy do domu mokrzy, z lekka ubłoceni ale niesamowicie szczęśliwi. To była bardzo przyjemna wycieczka!

Po mieście

Wtorek, 2 czerwca 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Trasa: domek (nowe mieszkanie, ale nadal Pogodno) > Słoneczne > Pomorzany > bankomat > domek. Na Słoneczne w szczycie przez centrum - było gorąco, zwłaszcza, że dawno nie śmigałam z samochodami po jednej ulicy... Poza tym fajnie. I znów przebiłam sobie oponę i dętkę. Tym razem kawałkiem szkła. I tym razem prawie sama zakleiłam dętkę. Adam podpowiadał niektóre czynności i dokończył pompowanie. Niestety przez to, że w zeszłym miesiącu tak mocno się opuściłam (przez przeprowadzkę i nadwerężenie nadgarstka) to jakoś kondycja mi spadła i tyłek boli i w ogóle padam...

Do pracy z nowego mieszkania

Poniedziałek, 1 czerwca 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Do pracy z nowego mieszkania postanowiłam pojechać na rowerze. Niestety trasa jest dłuższa niż ze starego a i komunikacją miejską też trudniejsza (z przesiadką). I jeszcze niestety wyszłam trochę późno i musiałam gnać. Do tego, żeby pecha nie było za mało, licznik mimo naprawienia przez Adama nadal nie pokazywał godziny i jeszcze po krótkim kawałku przestał w ogóle reagować. Prawdopodobnie odsunął się czujnik od magnesu i koniec. Nie miałam czasu sprawdzać, więc statystyki są na oko. Generalnie dojazd nie jest łatwy. Muszę sprawdzić na mapie którędy będzie najszybciej i najprzyjemniej.

Do pracy, wracając w deszczu przez las

Wtorek, 5 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Znów wybrałam się do pracy na rowerze i nadal bez naprawionego licznika, także znów dane na oko.

Tego dnia kropiło. Mimo to zaryzykowałam i pojechałam na rowerze. M. wyraził podziw, że żadna pogoda mi nie straszna. W pewnym momencie po prostu zaczęło lać. P. zadzwonił, że mogę się zmywać do domu. Porządnie się pozapinałam, ukryłam telefon na dnie plecaka i ruszyłam w drogę. Opcja najszybsza - jazda śmieszką rowerową odpadła ze względu na małą konkurencyjność wobec podróży przez las. Niestety zanim dojechałam do docelowej, szerokiej i prostej drogi przez las, coś mnie podkusiło i skręciłam w niewielką ścieżynkę między drzewami. Szczerze mówiąc dzięki zwarciu drzew nade mną prawie na mnie nie kapało. Problemem były śliskie korzenie (w pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie...) i niskie gałęzie wchodzące na ścieżkę, które były całe mokre... Do tego gruba ściółka, głównie z drobnych kwiatków buka, która była mokra i przylepiała się grubą warstwą do kół oraz wyskakiwała spod kół i brudziła ramę i moje nogi. Jakoś udało mi się jednak przejechać przez ten kawałek bez przewrotki. Szczerze mówiąc bardzo mi się podobało.

Reszta trasy niestety przebiegała już po bardziej cywilizowanych terenach, przez co oczywiście zmokłam. Jednak ogólnie cieszę się, że mogłam doświadczyć takich przeżyć:-)

Do pracy

Poniedziałek, 4 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Wychodząc z klatki miałam licznik w kieszeni. Po wyjęciu i założeniu na sanki okazało się, że jakoś weszłam w tryb edycji. Spiesząc się bardzo nie miałam czasu wracać po instrukcję, więc ruszyłam i w trakcie jazdy próbowałam jakoś z tego wyjść... Połowy trasy do pracy zupełnie przez to nie pamiętam. Szukając wyjścia z edycji przestawiłam sobie język kilkukrotnie (ostatni raz na włoski), zresetowałam zegarek. Chyba też zmieniłam obwód koła i coś jeszcze... Tylko ja tak potrafię. Po powrocie do domu opowieścią o moich perypetiach rozbawiłam Adama prawie do łez...

Także wszystkie dane są podane z przybliżeniem niestety.

Wyprawa niebieskim

Niedziela, 3 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na niedzielę, żeby choć trochę wypocząć przez ten weekend majowy spędzony na sprzątaniu. Dojechaliśmy do Głębokiego i zastanawialiśmy się nad dwiema trasami. Wybór padł na szlak niebieski i właśnie nim pojechaliśmy.
Do Pilchowa droga śmieszką rowerową. Miałam raczej średni nastrój na jeżdżenie i wlokłam się niesamowicie przez co Adam się nudził. W Pilchowie skręciliśmy na jakąś nie najlepszą drogę. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie jest to złe miejsce do życia i może nawet domy są tańsze niż na Gumieńcach? Mamy jeszcze przynajmniej 2 lata na jakąś decyzję, więc spokojnie. Kawałek dalej natknęliśmy się na hotel dla psów. No proszę, nie wiedziałam, że mamy coś takiego w okolicy. Później kawałek ulicą (wg mnie trochę za długi wobec tego, co było na mapie) i w las. Tutaj już poprawił mi się humor i daliśmy do przodu. Górki, dołki, piach (na którym wymiękłam po pewnym czasie ale Adam próbował do samego końca). Niektóre zjazdy były proste i długie - rozwijałam duże, jak na mnie i warunki, prędkości, choć trochę się bałam. Niektóre zjazdy były trudne technicznie (dla mnie oczywiście) i Adam zatrzymywał się, by zobaczyć jak sobie radzę. Radziłam sobie dość dobrze. W pewnym momencie dojrzeliśmy, że niebieski szlak wiedzie gdzieś po lewej stronie. Przeprawiliśmy się przez strumyk i pojechaliśmy przez gęstwinę. Myślę, że to tam przykolegował się do mnie kleszcz... A szlak gdzieś nam zniknął. Zaczęłam podejrzewać, że to drzewo ktoś po prostu przestawił w inne miejsce;-). Sturlaliśmy się do Białej i pojechaliśmy szybciutko w stronę domku.

Przejażdżkę zaliczam do udanych. Szkoda, że tak mało czasu sobie daliśmy na nią. Choć szczerze mówiąc bolą mnie teraz kolana i znów zaczynam się zastanawiać nad glukozaminą...

Rowerem na "Rowerzystów"

Sobota, 2 maja 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Pojechaliśmy na rowerach na spektakl "Rowerzyści". Dzięki uprzejmości Teatru Współczesnego w Szczecinie rowerzyści mieli udostępniony na podwórku teatru prowizoryczny (ale porządny i ze "stróżem") parking na czas spektaklu. Oczywiście wystroiliśmy się trochę, bo jednak teatr to teatr. A dojazd w takim stroju umożliwił mi oczywiście mój kochany holender. Podobno ludzie się oglądali. I dobrze;-)
Sam spektakl podobał mi się, choć jakaś tam ogromna rewelacja to nie była. Jednak dodając do tego możliwość dojazdu i pozostawienia w bezpiecznym miejscu roweru to stawiam bardzo duży plus dla TW.
ps-holender nadal nie ma swoich sanek do licznika, więc staty na oko.

Do pracy a z pracy na Pomorzany

Niedziela, 26 kwietnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
W niedzielę niestety miałam dyżur na monitoringu przez co ominęła mnie przyjemność uczestnictwa w Wielkim Przejeździe Rowerowym... Posiedziałam za to 8 godzin obserwując rowerzystów, przechodniów, pana z fujarką, który postanowił odcedzić kartofelki prawie pod oknem strażnicy... Do pracy niestety musiałam też gnać z powodu zatargu z A. i późnym wyjściem z domu. Nigdy chyba jeszcze tak się na rowerze nie śpieszyłam... Po pracy zaś kupiłam baterie do lampki (bo zdechła) i Liona (bo ja prawie zdechłam z głodu) i pognałam na Pomorzany. Tam najadłszy się z okazji urodzin siostry A. zabrałam A. i wróciliśmy do domu. Szczerze mówiąc tamtego dnia byłam totalnie wyczerpana po wszystkim...

Masa krytyczna

Piątek, 24 kwietnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Rzadko zdarza mi się trafić na masę krytyczną. Ten raz spowodowany był przeniesieniem zbiórki na sobotę i bardzo jestem z tego zadowolona, ponieważ masa była zdecydowanie udana. Piękna pogoda, wspaniali ludzie, długa i ciekawa trasa po mieście. Okazało się również, że przez pewien odcinek wlókł się za nami mój Tata w samochodzie;-). Oby częściej udawało mi się być na masie.

Do pracy a po pracy przejażdżka

Wtorek, 21 kwietnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria pitu pitu
Pojechałam rowerkiem do pracy (na Głębokie na monitoring przeciwpożarowy) czym zyskałam sobie plusa u Mariusza. Po pracy odebrał mnie Adam i pojechaliśmy na przejażdżkę do centrum wrzucić kupony do skrzynki (trzeba wygrać mieszkanie z Kuriera;]). W drodze do domu zeszliśmy do przejścia podziemnego, gdzie w niedzielę odbyło się malowanie graffiti. Prace artystów (nie tylko tutejszych!) bardzo mi się podobały. Od razu przejście wydaje się przyjemniejsze. Później pognaliśmy do domu jak najszybciej się dało, bo Adam nie wziął żadnej bluzy (a zrobiło się bardzo chłodno) a ponadto w domu został telefon z ustawionym alarmem na godzinę 20stą...

Będę starała się dojeżdżać na Głębokie na monitoring rowerem tak często, jak to będzie możliwe. Zawsze te 10km dziennie zrobię a i może pupcia moja się wytrenuje i boleć nie będzie.