Zostaliśmy zaproszeni przez moich rodziców na świąteczny obiadek. Pogoda tego dnia była przecudna, więc zdecydowaliśmy się wyjść wcześniej i porowerować dla przyjemności, bez pośpiechu i trochę po Puszczy. Niestety nasz bezpośpiech był na tyle spory, że Puszczy niewiele obejrzeliśmy w drodze do rodziców. Chciałam pokazać Adamowi zbudowane na dziko wielkie tipi nieopodal cmentarza w Zdrojach i w zasadzie większość drogi przez kawałek lasu pokonaliśmy pieszo pchając rowery pod górkę). Z powrotem już było nieco lepiej - objechaliśmy Szmaragdowe i pędząc Kopalnianą w dół przekroczyliśmy dopuszczalną prędkość (30km/h)... ;-) Ja nawet nie machnęłam ani razu pedałami na tym zjeździe, natomiast Adam dokręcał mocno i osiągnął imponujące przekroczenie dopuszczalnej prędkości;-).
Wycieczkę zaliczam zdecydowanie do udanych. Ale równie zdecydowanie muszę sobie kupić spodenki z pampersem. Chyba jestem zbyt delikatna...
Miała być miła przejażdżka sobotnia po sprzątaniu domku ale gdy już się wyszykowaliśmy zadzwonili do Adama z pracy, że cosik się tam popsuło i niestety kierunek wycieczki uległ zmianie z Głębokiego na wyspę Pucką. Dokulaliśmy się, zwiedziłam pokój informatyków i wróciliśmy. Ale było miło:-) avg-14,47
Miałam jechać na Wzgórze na szkolenie a pogoda była tak piękna, że wybrałam się tam rowerem. Już od początku pobolewała mnie zadnia strona ciała. Czyżby przeczuwała jak to się skończy?;-) Na Błoniach zatrzymałam się z wrażenia - ta ilość rozkwitniętych krokusów zachwyciła mnie przeogromnie! Dobrze, że nie miałam aparatu, bo bym się jeszcze bardziej na to szkolenie spóźniła... Tuż za Urzędem Miasta spotkałam pewnego starszego pana i tempo mojej jazdy spadło z ok 20 na 12-15... Ale za to pogawędka była bardzo miła. Dodam jeszcze, że pan wziął mnie za co najwyżej maturzystkę i był wielce zdziwiony, że ja już po studiach. Rozstaliśmy się przy alei kwiatowej i resztę drogi popędziłam już swoim tempem. Niestety miałam wielki problem, żeby podjechać pod samo Wzgórze. Końcówkę przeczłapałam na nogach. Trochę porażka, taka marna kondycja. Ale tłumaczę to sobie, że to tak po zimie. Następne kilka godzin spędziłam z rowerkiem (i innymi) wygrzewając się na słoneczku o czym mogą świadczyć moje spieczone przedramiona... Przyjechał Adaś i wybraliśmy się do moich rodziców na kolację. Po kolacji, gdy już mocno się ściemniało, popędziliśmy do domu. Pod koniec trasy pojękując z bólu zadka.;-) Mimo to wycieczkę uważam za udaną! avg 14,29
Na obiadek do przyszłej teściowej. Po drodze dwie bezczelne kobiety na ścieżce. Zeszły ale były niemiłe. I głuchy facet, jak pomnik. Nie zareagował nawet jak spytałam czy głuchy jest. Totalna obojętność i zlewka. Droga powrotna była szybciutka, bo kropiło i zrobiło się chłodno. Jedna pani na ścieżce - zeszła i przeprosiła. Generalnie nic szczególnego, ot tak sobie.
Sobotnia słoneczna pogoda tak nas zaskoczyła, że na niedzielę zaplanowaliśmy wycieczkę. Niewiele brakowało a zrezygnowalibyśmy, ponieważ nie było tak słonecznie jak w prognozach. Ale zjedliśmy obiadek i wyruszyliśmy na standardową trasę. Szybko okazało się, że wiatr jest jednak zimny i uszka nam marzną ale nie zrażaliśmy się. W lesie, po zjechaniu z utwardzonej trasy, trafiliśmy na resztki śniegu i mnóstwo błota. Jak dla mnie niesamowita przygoda! Jeszcze nie jeździłam w takich warunkach i bawiłam się cudnie. Adam trochę mniej;-). Nie jechaliśmy daleko, żeby się nie przemęczyć za pierwszym razem. Wróciliśmy bardzo zadowoleni. To będzie dobry sezon:-). avg - 11,44
Mieliśmy w planach skoczyć na cmentarz do Dąbia a potem na Słonko do mojej rodzinki siostrę pożegnać przed wyjazdem do Wiednia na pół roku. Cały poranek zastanawialiśmy się jak rozwiązać sprawę transportu. Piękna pogoda zadecydowała, że załatwimy to wszystko na rowerze.
Do Dąbia jechało się bardzo przyjemnie. Cieplutko (musieliśmy się po drodze rozdziać z polarów ubranych na wszelki wypadek), bez wiatru, w słoneczku. Gdy ruszaliśmy z Dąbia na Słonko zaczynało już wiać z lekka. Tuż przed dworcem PKP coś zaszeleściło mi przy tylnym kole. Stwierdziłam, że jak nic to liść się wkręcił i jechałam dalej. Niestety coraz trudniej mi to przychodziło, także koło dworca zerknęłam na tylne koło. TOTALNY FLAK!! Zatrzymaliśmy się na ławeczce. Sporawy kawałek szkła przebił oponę i rozwalił dętkę. MOJA PIERWSZA DZIURA W DĘTCE I OPONIE! Załatałam obydwie. Pierwszy raz robiłam to sama (z podpowiedziami od Adama). Pojechaliśmy dalej.
Po pysznym obiedzie ruszyliśmy z obolałymi tyłkami do domu. Średnia 17 jak zwykle po dotarciu do domu wynosiła sporo mniej. Ach te podjazdy... Najgorszy koło zamku, ledwo się wlokłam...
A dziś (dnia następnego, kiedy piszę tę relację) boli mnie wszystko, a najbardziej uda, kolana i zadek ;-) Ale nie żałuję, bo być może to mój ostatni wypad w tym sezonie. Kto wie, jak to będzie z tą pogodą teraz...
Na masę wyruszyłam z domu dopiero 18:10, bo do domu trafiłam tuż po 18stej. Także wzięłam się za siebie i ulicami pognałam do centrum. Okazało się, że trasa tej masy była nieco inna od poprzedniej i trochę sobie poszukałam. Dołączyłam w połowie, pogadałam ze znajomym z RSz i pooglądałam sobie dwa stare rowery (tzn jeden był na pewno stary a drugi albo nówka albo odnawiany, choć stawiałabym na to drugie). Masa skończyła się nietypowo na Zamku, skąd pognaliśmy do domu przez park i po ciemku (słabe lampki).
Pędząc na masę doszłam do wniosku, że dużo mniej boję się jeździć ulicami, koło samochodów. I dużo mniej boję się prędkości (którą oczywiście mam większą niż kiedyś). Ale gdy pojawia się Adam i zaczyna mnie strofować, że coś robię nie po jego myśli, to cała radość z rowerowania ulicami miasta spada do zera... Faceci! Bądźcie wyrozumiali dla swoich kobiet! Nie psujcie nam radości z jazdy! Jesteśmy inni i inaczej jeździmy, uszanujcie to.
Część kotów mieszkająca w czterech ścianach dostaje wieczorami kociokwiku i musi się wybiegać pędząc przez mieszkanie niemal po ścianach. Po prostu je roznosi.
Mnie też dziś chciało roznieść, więc się wkurzyłam, zabrałam rower i poszłam, pomimo, że się zmierzchało. Objechałam sobie trasę na Głębokie i spowrotem.
Zimno się robi, zwłaszcza w uszy... Trzeba by pomyśleć o czymś ocieplającym.
Michał już jakiś czas wspominał o wspólnym wypadzie rowerowym i dziś nadarzyła się okazja, zwłaszcza, że potrzebowaliśmy pogadać. Tak więc wsiadłam na rower i pojechaliśmy. Zrobiliśmy szybko trasę, którą kiedyś przejechałam z Adamem - do Pilchowa i powrót przez lasy. Było szybko, fajnie, z lekka błotniście i piaskowo. Dzięki Michał.
Na Pomorzany na pierwsze urodziny Nikoli i spowrotem do domku. W tamtą stronę grzałam (avg-16,6) ale do domu jechałam już z Adamem, który podróżuje ostatnio na moim holendrze.
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).