Pojechałam z ostatnią próbką na badania. W drodze do labu prułam sobie Wyszka w dół aż tu nagle biedronkowy tir postanowił zmienić pas na mój. Zupełnie się mną nie przejmując. Musiałam drastycznie zwolnić, bo zmiótłby mnie z powierzchni drogi... Draństwo.
W drodze powrotnej zaś jakaś ciężarówka (General Electric?) stwierdziła, że musi koniecznie być przede mną na pierwszych światłach na Krzywoustego. Tu nie zdążyłabym zahamować i musiałam uciec na prawy pas, żeby mnie nie zmiotła... Dobrze, że nikt tamtędy nie jechał, bo mogłoby być krucho... Przez następne dwa światła jechałam tuż za tą ciężarówką, bo ona szybciej nie mogła. No i po co to wszystko? Aż szkoda, że nie miałam okazji "zagadać" do tego durnego kierowcy...
Potem jeszcze nieogarnięty człowiek na ddr ("przecież się razem zmieścimy" ręce opadają...) i domek. Padnięta. Za ciepły dzień na takie podróże a to jeszcze nie było południe.
Znów na Prawobrzeże, znów do dzieciaków. Tym razem po kasę i gry. Jednak tym razem pojechałam (i wracałam) starym mostem, gdyż panowie robotnicy naprawiali tę zepsutą barierkę. A w drodze powrotnej pojeździłam chwilę po mieście w poszukiwaniu prezentu dla koleżanki na wieczór panieński ;) i zajechałam do banku. Całe szczęście były to krótkie wizyty i nikt mi roweru nie zawinął (razem ze znakami, do których go przyczepiałam;]).
Taki tam standardzik na Prawobrzeże i z powrotem. Pojechałam kupić farby do ubrań i zawieźć je dziewczynom - chcą zrobić koszulki zastępu na obóz (a jadą już w piątek). Cieszę się, że to ich inicjatywa i ich samodzielne wykonanie (poszły na stół pingpongowy koło szkoły i malowały sobie kupione wczoraj koszulki). A co do trasy - okropnie gorąco, słonecznie, spalinowo. Bez szału. Choć w sumie przy ścieżce na most ktoś wjechał w barierkę tak mocno, że nie da się przejechać a i z przejściem jest spory problem. Poza tym postawili już jedno przęsło kładki na Basenie Górniczym. Postęp ddr od ostatniej jazdy - zerowy. Kuźwa no... (znów minęła mnie policja, gdy jechałam po chodniku. kiedy oni to w końcu skończą??)
Mimo dużego zachmurzenia i sporego wiatru ICM nie zapowiadał deszczu, więc niezrażona przeciwnościami wsiadłam na rower i pojechałam do HOMu na zobowiązanie Arka i na rozmowę z Anulą. Jechało mi się bardzo dobrze, szybciutko i gładko. Dotarłam ze średnią prawie 21.
Na miejscu okrutnie wywiało nas a samo zobowiązanie było krótkie i bez szału. Natomiast późniejsza rozmowa z Anulą rozpoczęła serię problemów. Musiałam już w piątek podjąć trudną decyzję, gdy udało mi się namówić do rozstrzygnięcia drugiego naboru w niedzielę zamiast wtorku. Odmówiłam sądząc, że tak jest lepiej i takiej decyzji oczekują ode mnie inni. Później moje dziewczyny znów smutno prosiły, żebym jechała na obóz... A gdy zbierałam się do domu zadzwoniłam do Adama i usłyszałam, że podjęłam złą decyzję... Potem jeszcze, przy wymianie baterii odpadła mi sprężynka w tylnej lampce i nie potrafiłam jej naprawić a na domiar złego okazało się, że kupiłam za duże baterie do przedniej. W ten sposób, pozbawiona świateł, totalnie zdemolowana psychicznie, wsiadłam na rower i ruszyłam do domu. Niedaleko za bramą zaczęło mi brakować tchu z nerwów i już myślałam, że będzie ze mną źle, gdy nagle z krzaków wyskoczył dzik. Ogromny dzik z podniesionym ogonem przeciął mi drogę jakieś 10 m przede mną. Prawidłowy oddech i tętno wróciły momentalnie a myśli wyprostowały się. Zwolniłam maksymalnie pozwalając dzikowi oddalić się. Gdy cała zestresowana dojechałam do miejsca, w którym przebiegł, z krzaków parę metrów dalej wyskoczył jeden pasiak. A pasiak zawsze zwiastuje więcej pasiaków i bardzo drażliwą na ich punkcie matkę. Zatrzymałam się i nerwowo oglądałam na krzakuny, w których matka wtedy zniknęła. Zaraz wyskoczył drugi pasiak a za nim trzeci. Czekałam na więcej, ale już się nie pojawiły. Cichutko wsiadłam i dałam gazu. Matki już nie ujrzałam ale pasiaki siedziały przyczajone przy drodze i trochę je wystraszyłam ;). Dzięki dzikom sporą część drogi powrotnej pokonałam w jako takim stanie. Niestety już pod sam koniec złapała mnie policja. Zostałam upomniona przez megafon a potem jeszcze przez okienko. Skruszona poczłapałam ostatnie metry na piechotę, ale ten incydent przepełnił czarę goryczy na ten dzień...
Jadąc tam trafiłam na faceta, który stukał się w głowę na mój widok. Może go coś bolało, bo dojeżdżałam do przejazdu rowerowego, który on przekraczał właśnie. Hm...
Wracając trafiłam na korek. Dłuższą nitkę korka ominęłam do połowy drugim pasem - wolnym. Potem wbiłam się między pasy i lawirując między lusterkami dojechałam prawie do ronda. Trzy auta przed rondem wykorzystałam lukę po prawej stronie, zjechałam na prawy pas, minęłam te auta i wbiłam się na ddr. Podobało mi się ;)
I znów na Wzgórze - poprowadzić wieczorne zajęcia. Poprawiłam trochę średnią od domu do Zdrojów - było nieco ponad 19. A potem jak zwykle podjazd mnie zdeptał i powrót już bez szaleństwa.
Zajęcia się udały. Po drodze jeszcze podskoczyłam do mamy po pieniążki na wyjazd do Wrocka i po bluzkę (bo nie pomyślałam, że o 22 będzie zimno) i popędziłam do domu, bo nie miałam baterii w lampkach. Wstyd. Dojechałam jak już było prawie ciemno. Dobrze, że nikt się nie przyczepił. Ale baterie trzeba w końcu kupić.
Mamcia zadzwoniła z propozycją obiadku i już dwie godzinki później pędziliśmy na Słoneczne. Adam dawno nie pokonywał tej trasy i był nieco zdziwiony trudnościami związanymi z budową DDR (która wciąż się okrutnie ślimaczy). Ale udało się. Obiad był smaczny, droga w obie strojny fajna. Zwłaszcza, że dawno nigdzie nie jechałam z A.
Pojechałam na Wzgórze po moją książeczkę sanepidowską i przy okazji trochę pomóc w przygotowaniach do Kursu Drużynowych. Do wyboru dostałam mycie okien i koszenie trawnika. Nie trudno zgadnąć, co wybrałam ;).
Kosiara była na prąd a kabel bez fragmentu izolacji... Ostrze było półostre a teren nierówny (zawdzięczamy to notorycznym wizytom dziczych rodzinek, które szukają niewiadomoczego). Ja zaś byłam nowicjuszką kosiarstwa. Zrobiłam ogromną ilość kilometrów tym wozem, mam odcisk na dłoni, zakwasy i obolałe ścięgna...
A potem jeszcze trzeba było dojechać do domu po kałużach (w między czasie rozpadało się okropnie) zahaczając jeszcze o aptekę i z 27 km zrobiło się 31. Byłam totalnie wyczerpana...
Pojechałam na spotkanie naszego Klubu Honorowych Dawców Krwi "Krwilijka". Trasa znana, przez miasto, bez emocji. No, oprócz karetki, która chciała mnie przejechać na skrzyżowaniu nieopodal pogotowia. Nie, nie jechała na sygnale, ale kierowca gadał przez telefon...
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).