Ostatnia jazda do pracy przed dłuższą przerwą w jeżdżeniu do pracy. Najbliższy miesiąc mam spędzić w Dąbiu a przecież nie będę co rano jeździła do Dąbia. Zarobiłabym się już pierwszego dnia... Także prorokuję, że dystans sierpniowy będzie lichy...
Dziś zamiast skręcić w Wojska Polskiego pojechałam lasem. A to dlatego, że celem był budynek Wydziału. Rower zaparkowałam w socjalnym i wybrałam się do lasu. To nic, że przywiozłam trzy wbite kleszcze i jednego wędrującego... I tak było ciekawie. Potem przejazd do budynku Straży a później już standardowo do domu. ps-znów coś wcisnęłam i weszłam do edycji. W końcu udało mi się wyjść (podziękowania dla A. za anielską cierpliwość...) ale zegarek się zresetował. Ten licznik mnie przerasta...
Już jestem trochę zmęczona dojazdami. Jutro przerwa - oddanie krwi. Nie wiem czy w piątek pojadę na rowerze. Max na początku - uciekałam przed autobusem;-)
Miałam dziś do załatwienia jedną sprawę relacji dom>Reda>Błonia>dom. Wsiadłam więc na rower i pojechałam. Temperatura powietrza w tym czasie rosła. Dobrze, że kask na głowie, bo bym jakiegoś udaru dostała. Ale następnym razem poszukam drogi z mniejszą ilością samochodów, bo płucom na pewno nie służą takie miejskie eskapady pomiędzy rurami wydechowymi. Dwóm osobom zwróciłam uwagę, że lezą po drodze dla rowerów. Jedna pani tłumaczyła się cieniem, którego na chodniku nie było. Wybaczyłam. Rozmowa z panem wyglądała mniej więcej tak: ja-dlaczego pan idzie po drodze dla rowerów? on-hmm ja-tu obok ma pan chodnik on-a co pani przeszkadza, że idę? ja-przeszkadza, bo chcę tędy jechać. i łamie pan prawo. on-doprawdy? ja-pieszy może poruszać się po drodze dla rowerów, jeśli nie ma chodnika a tu obok jest. (mija nas grupa idąca po drodze dla rowerów w przeciwną stronę) on-to proszę im też zwrócić uwagę. ja-nie rozdwoję się, rozmawiam teraz z panem on-to niech się pani rozdwoi Przytkało mnie trochę. Głupi jakiś? Zaraz zszedł na chodnik to podziękowałam i pojechałam. Zjeżdżając po drugiej stronie górki chciałam zahaczyć łokciem jakiegoś lachona idącego środkiem ścieżki ale niestety mi nie wyszło. Następnym razem bardziej się postaram...
Do pracy a z pracy wracając objechałam okoliczne sklepy zoologiczne w poszukiwaniu 20kg Benka. Znalazłam tylko w tym pierwszym;-). Ps-Mickiewicza kolo 15:30 robi się tłoczne, nie wiem jak udało mi się skręcić w lewo;-)
Ten tydzień teoretycznie odpoczywam od roweru, ponieważ mam zmianę w leśnictwie Dąbie a dojazd tam na rowerze na pewno nie byłby czasowo konkurencyjny z transportem miejskim a do tego byłby zbyt męczący (chyba z 15km w jedną stronę...). Ale dziś musieliśmy podjechać do TOZ i naszej ulubionej apteki, więc pojechaliśmy na rowerkach. Przyjemnie, bez obciążenia na plecach, powolutku:-)
Znów przed wyjściem do pracy zastanawiałam się, czy pakować lapka czy nie. Chmury były nieciekawe, ale spakowałam. Niestety na marne. Okazało się bowiem, że w pracy jest Mariusz, więc nici z kompa przed 15stą. Chmury się rozlazły i wyszło nawet słoneczko. Po 13stej zaczęłam w radiostacji słyszeć pożegnania, więc nabrałam podejrzeń, że dali 0. Mariusz wrócił z terenu, sprawdził w necie i potwierdził. Nic mi nie pozostało jak się ewakuować do domu. Także znów lapek pojechał w obie strony na marne. No może nie do końca, bo robił za obciążenie, więc kalorie spalały się nieco szybciej. W drodze powrotnej słoneczko świeciło a ja się nie spieszyłam, więc postanowiłam odbić w dwie dróżki, które odchodzą z ulicy, wzdłuż której jadę, a nie wiem dokąd prowadzą. Okazało się, że jedna z nich jest totalnie rozwalonym tylnym wjazdem na teren wojskowy - dojechałam do zerdzewiałej bramy. Drugi natomiast prowadzi do wjazdu na teren toru kolarskiego po czym kończy się nagle. Dalej prowadzi ścieżka, na którą nie wjeżdżałam, bo stoi przy niej znak "military area". W oddali widziałam chłopaka z psem na spacerze, jednak z lapkiem i tak bym się nie pokusiła na wycieczki po wertepach. Z lekka zawiedziona pognałam do domu wyprzedzając po drodze parę rowerzystów.
Znów do pracy. Jakoś tak bardzo zamyślona jechałam a na dodatek co chwila spotykałam policję. Dobrze, że nic się nie stało. Wychodząc z domu zastanawiałam się, czy brać lapka czy może nie doczekam do popołudnia (deszcze zapowiadane). Wzięłam i zrobiłam błąd, bo z pracy wyszłam już przed 14stą... I niepotrzebnie tachałam te kilogramy... No ale cóż.
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).