Na starcie Adam się ze mną kłócił, że do jego rodziców mamy dalej niż ja do pracy. Powiedziałam mu, że się myli i okazało się, że mam rację. Poza tym sympatyczna przejażdżka. Dla Adama po dłuższej abstynencji rowerowej (nie wiedzieć czemu). Znów się nakręcił:-)
Upał był sporawy, więc wyszłam nieco wcześniej, żeby jechać powoli. Dla mnie jest to trudne zadanie, by nie grzać do przodu, ale jakoś się udawało. Pogoda zdecydowanie pomagała, powietrze było ciężkie i ciężko się oddychało.
Wzdłuż Wojska Polskiego natknęłam się na dwa motory zaparkowane na środku ścieżki. Z daleka zobaczyłam dwójkę rowerzystów zjeżdżających ze ścieżki na ruchliwą ulicę, żeby przejechać, bo ścieżką się nie dało. Zatrzymałam się więc koło motorów i poprosiłam, by nie zastawiali ścieżki. Facet starszy rzekł jedynie, że awaria jest. Facet młodszy (uczeń, bo to nauka jazdy była) lekko motor odsunął, więc starszy też. Ja tłumaczyłam, że tarasują ścieżkę i ludzie muszą zjeżdżać na ulicę, żeby przejechać. Młody odrzekł "awaria słonko" za co miałam ochotę go kopnąć. Odpowiedziałam, że rozumiem, ale to nie powód, żeby ścieżkę zastawiać i pojechałam. Echs...
Dziś zaliczyłam pierwszą w życiu stłuczkę rowerową! Śmiać mi się chce na to wspomnienie, choć mogło być dużo gorzej.
Otóż - jechałam sobie ścieżką wzdłuż Wojska Polskiego do pracy. Zobaczyłam, że przede mną toczy się po ścieżce pan około 50tki. Toczył się po lewej stronie ścieżki, więc pomyślałam, że minę go po prawej. Spotykam czasem takich łosi, co to nie wiedzą, którędy się jeździ. Gdy już byłam prawie na jego wysokości, pan gwałtownie skręcił w prawo (zapewne chcąc wjechać na pasy), nie patrząc w ogóle do tyłu. Oczywiście wpadł na mnie... Dobrze, że nie mam spd i zdążyłam postawić nogę i przyjąć na siebie ciężar dwóch rowerów i opasłego pana, który nie dałby rady postawić nogi między rowerami. Tuż obok po jezdni mknęły, jak zwykle, samochody... Gdy pan już doszedł do siebie i odsunął się nieco zdjąwszy jedną ze słuchawek z uszu, rzuciłam coś a'la "no proszę pana!" na co on mi odparł, że wymija to się z lewej strony. No ciekawe, jak go miałam wyminąć skoro jechał lewą stroną... Rzekłam, że jechał prosto, lewą stroną, nie spojrzał do tyłu, gdy skręcał i nie dał żadnego znaku. Trochę poburczał i omiótł wzrokiem swój rower. Rzekłam, że nic się nie stało, więc grzecznie zapytał, czy mi też nic się nie stało. Byłam cała i zdrowa, choć nieco przez pana ubrudzona i wystraszona. Pożegnałam niedzielnego kierowcę rowerowego i pomknęłam do pracy.
Oby nigdy więcej stłuczek rowerowych a tym bardziej rowerowo-samochodowych... Brr...
Znów do pracy. A w pracy mój rower zapoznał się z P. I tu zderzyły się dwie osobowości. Dużo wcześniej rowerek mój śliczny poznał M., który ujrzawszy go i pochwaliwszy, że na rowerze przyjechałam, zapytał, czy malowanie jest mojego autorstwa a potem popodziwiał wygląd i zaczął chwalić się swoim zamiłowaniem do rowerów. Natomiast P. zapytał, czy to mój rower, po czym przykucnął, policzył zębatki, rzekł, że siedem a gdy go poprawiłam, że osiem, to się zachwycił tym, że aż tyle i że jedna taka malutka do wysokich prędkości. Potem omiótł wzrokiem, stwierdził brak błotników, współczuł. Następnie podpytał, którędy jadę i zaproponował podróż przez las wojskowy. Wyjęłam mapę i okazało się, że nidyrydy, dużo dalej. Zamarudził, że jakby chciał do domu, to ma przez las ciągle pod górkę i padłby po drodze. Zapytał ile jadę, więc sięgnęłam po licznik. Obejrzał i zachwycił się. Rzekł, że chciałby mieć krokomierz. A potem znów przyjrzał się rowerowi, znalazł miejsce na przyczepienie bagażnika (nawet nie wiedziałam, że mam) i stwierdził, że musi w końcu się za rowerem rozejrzeć, ale za takim, do którego mógłby przyczepić siedzonko dla syna.
Także - z M. miło się rozmawiało, ale z P. decydowanie przyjemniej :-)
Do pracy znów pojechałam rowerem równocześnie modląc się o deszcz, bo nie chciało mi się tam siedzieć 11 godzin. Moje marzenia spełniły się już po 11stej, ale deszcze były przelotne. Natomiast o wpół do pierwszej jak lunęło... Pozbierałam się (a miałam lapka ze sobą, żeby się nie nudzić) i ruszyłam do domu w tej ulewie. Było ciężko. Kałuże atakowały od spodu, woda kapała z daszka, ale dawałam radę. O dziwo było więcej takich jak ja. Ale widać było, że deszcz ich zaskoczył. Dojechałam do Unii Lubelskiej (chciałam pojechać trochę inną drogą) i zaczęło się przejaśniać. Pojechałam więc ulicami zgrabnie omijając kałuże. Pod domem słońce dawało już na maxa. Ale i tak wszystko miałam już mokre;-) Ciekawe doświadczenie.
Wg licznika drogę do pracy pokonałam w 18 minut. Wg zegarka w 20. Jestem w szoku. Ale zmachałam się porządnie. I wciąż nie mogę wymyślić dobrej drogi powrotnej...
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).