Taki niedzielny standardzik - do pracy, z pracy na Pomorzany, z Pomorzan do domu. Przyjemna jazda. I tylko jeden minus - mój mężczyzna się czepiał, że nie daję z siebie wszystkiego... Wyjaśniłam mu dobitnie jaka jest prawda i przeprosił. Chyba zrozumiał. W tej sytuacji nie dziwię się, że wiele dziewczyn nie chce jeździć. Ta presja jaką wywierają ich partnerzy bywa zbyt męcząca, by się z nią zmagać za każdym razem :/ A faceci wydają się nic nie rozumieć. A szkoda...
Ledwo wywlokłam Adama na rower. Baardzo miałam ochotę a on oczywiście wolał spać lub siedzieć przy kompie;-) Pojechaliśmy standardowo w stronę Głębokiego starając się trzymać wysoką średnią. Ja oczywiście nie mam tyle pary w nogach co on, więc się trochę wściekał ale niech się czochra, ja jeżdżę swoim tempem;-) Na drodze dookoła jeziora minęło nas dwóch chłystków. Wszystko dlatego, że miałam jakiś dołek energetyczny. Ale niedługo po tym wyprzedziłam drani;-) Wracaliśmy drogą podobną do wczorajszej. Jadąc tym razem na przedzie miałam lekkiego cykora, że znów spotkamy dzikową rodzinkę;-) Całe szczęście nic takiego nie miało miejsca. Jedyną niespodziankę przyszykowała nam moja kochana Anulka pojawiając się znienacka przy szpitalu na Unii. Strasznie się za nią stęskniłam, więc spotkanie przyniosło mi dużo radości. Ostatni kawałeczek próbowaliśmy poprawić średnią mknąc po kocich łbach;-) No i tyle. W zasadzie niedużo ale ile radości! :D
Mała "przebieżka" po lesie w stronę Głębokiego. Powrót bardziej zarośniętą częścią i niespodziewane spotkanie z dzikową rodzinką! Adam nieomal ze spodni nie wyskoczył tak się wystraszył;-) Ja nieco mniej ale przyznam się, że później kilkukrotnie się oglądałam, czy za nami nic nie biegnie;-)
Miało być rekreacyjnie dookoła Głębokiego, ale gdy chcąc przejść przez jezdnię w miejscu mocno wątpliwym napotkaliśmy policję, plany się zmieniły. Pojechaliśmy ścieżką rowerową do Pilchowa. Tamże odbiliśmy w prawo i pognaliśmy między domkami, domeczkami, gospodarstwami aż w sam las. Napotkaliśmy rudego lisa (do tej pory jeszcze lisa nie spotkałam) i dwa bure koty. Drogami leśnymi dojechaliśmy do ulicy prowadzącej na Głębokie ale wjechaliśmy w las i znanymi już dróżkami (głównie mocno z górki;-) ) wyjechaliśmy w okolicy pętli "trójki". Po drodze zastaliśmy jeszcze rodzinkę dzików:D i pożarliśmy zachłannie słodziutkie czereśnie wspominając dzieciństwo. Z pętli pognaliśmy już do domku zahaczając o sklep. Reasumując - milutko :-)
Na Głębokie na ognisko mojego roku piątkowym wieczorkiem przez las a potem powrót w odrobinie deszczu śmieszką wzdłuż Wojska Polskiego. Taki wyskok na kiełbaskę i parę zdjęć :-)
Do komendantki wyjaśniać niejasności finansowe. Czyli: dom>Wilcza>dom późnym wieczorem. Nie wiem czemu tak niska średnia, starałam się jechać szybko...
Przejażdżka niedzielna - do pracy > na Pomorzany na ryż z truskawkami i ciasto bezowe;-) > do domku.
Wczoraj dostałam od Adama licznik, tylny odblask i dzwonek. Znów chciałam wszystko zrobić sama ale przy liczniku myślałam, że się popłaczę... Niemniej jednak udało mi się jakoś ustawić wszystko niemal bez jego pomocy. Dziś wypróbowałam go, chyba działa, choć jak spojrzę na max to trochę nie chce mi się wierzyć...
Nieco po 15stej wsiadłam na mój stary rower celem odwiezienia go nowej właścicielce i odebrania przesyłki z rowerem w środku a także odwiedzenia mamy Adama z okazji Dnia Matki:-). Po drodze złapał mnie Adam i tak sobie pedałowaliśmy nieco okrężną drogą na Pomorzany. Po przyjeździe (dist-9.67, avg-15.09, time-38:29, max-27) okazało się, że przesyłka nadal siedzi w magazynie i przyjedzie dopiero o 19:30...
Ale czekaliśmy cierpliwie. A jak już zajechała to szybciutko rozpakowałam i SAMA ZŁOŻYŁAM DO KUPY! :D Siodełko, przednie koło, kierownica i pedały. A potem jazda próbna - cel:dom. Jedzie się bajecznie! Nie dość, że rower śliczny i dość lekki to jeszcze jakoś lekko się go prowadzi. Tylko szkoda, że przerzutki są niewyregulowane... A i w pewnym momencie coś zaczęło jakby stukać. Im szybciej się jechało tym szybciej stukało. Nasłuchiwałam i nasłuchiwałam pełna obaw, że zaraz mi się moja nówka sztuka rozleci. Nawet zatrzymaliśmy się sprawdzić co to i po obsłuchaniu całego roweru okazało się, że nie zdjęłam naklejki z przedniej przerzutki i zahaczała ona o zębatkę ^_^'. Do domku dojechaliśmy w 34 minuty (to przez to nasłuchiwanie i zatrzymywanie się) i teraz rowerek stoi sobie i ładnie wygląda;-)
Wieczorkiem do Hajdera na spotkanie Kręgu. Na holendrze oczywiście, bo Contessy wciąż nie ma... [ale dziś pojawiło się światełko w tunelu! być może już w poniedziałek będę miała Rower!]. Powrót grubo po 23ciej z przednią lampką zamontowaną za pomocą taśmy klejącej;-) Bo dynamo jest źle ustawione a nie mogłam znaleźć gumki do mocowania lampki... a że Polak potrafi;-). Generalnie jakoś szybko się męczę, kolana bolą. Po tej 'wycieczce' bolały mnie też uda i pachwiny. Czyżbym się forsowała?
ps-zaczynam mieć złe wrażenie odległości. Chyba muszę sprawdzić rzeczywiste odległości na mieście, bo pędziłam a tu takie słabe staty...
Znów po szczecińskich dziurach i śmieszkach rowerowych. Ot tak do pracy w towarzystwie A., potem na Pomorzany a następnie do domku. Przy okazji test sakwy (ok 8 kg ładunku!), tylnego koła i moich umiejętności w jeździe z jednostronnym obciążeniem - wieźliśmy całkiem spore zakupy żywieniowe z pomorzańskiego Carrefoura do domu. Sakwa wytrzymała, tylne koło również. Ja natomiast ledwo ledwo, bo jednak ciężko pod górkę podjechać, zwłaszcza, że znów kolana bolą (mimo, że wcinam tą glukozaminę)...
Rower jest dodatkiem do mojego poplątanego życia, ale dodatkiem miłym, z którego bardzo ciężko byłoby mi zrezygnować.
Mam dwa rowerki - przywieziony w 2006 r. z Holandii tradycyjny rower miejski, nieco sfatygowany, używany, ale własnoręcznie kupiony ;-) oraz Contessę 40 Scotta z 2008 roku:].
Nie jestem wybitną rowerzystką, jeżdżę niewiele, niezbyt szybko i raczej nie forsownie. Nie ma co podziwiać;-).